Derby Opolszczyzny

 

W I-ligowych derbach regionu na parkiecie było wiele nerwów. Skuteczniej opanowali je opolanie z Gwardii i pokonali ASPR Zawadzkie 31-29 – pisze „Nowa Trybuna Opolska”.

W tym meczu na pierwszy plan wysunęły się determinacja i nerwowość. Przez to wiele było zwrotów akcji i emocji do ostatniej syreny. W obu zespołach długo brakowało zawodnika, który uspokoiłby poczynania zespołu. W tej roli spisał się najlepiej Przemysław Misiewicz, który był jednym z bohaterów Gwardii.
 
Byliśmy zdeterminowani, dobrze rozłożyliśmy siły i wykorzystaliśmy każdy błąd rywala – ocenił Misiewicz. – Rzeczywiście za dużo było pochopnych decyzji, obie drużyny chciały za szybko rzucać bramki i mnożyły się błędy. Wcale nie miałem zadania uspokoić kolegów, gdyż wszyscy wiedzieliśmy, że chcąc wygrać musimy ostudzić rozpalone głowy.

Skrzydłowy Gwardii miał sporo racji, gdyż gospodarze lepiej wytrzymali presję. W efekcie więcej im się udawało, ale bez rzutów Marcina Śmieszka, kiedy opolanie grali w osłabieniu i indywidualnych akcji Bogumiła Barana oraz Michała Piecha nie cieszyliby się z wygranej.

Rywal nam odskoczył na cztery bramki (13-9 – od red.), bo mu na to pozwoliliśmy naszymi złymi podaniami, po których kontrował – ocenił Łukasz Gradowski, rozgrywający Gwardii. – „Podpalaliśmy się", zabrakło konsekwencji i spokoju. Zwłaszcza po obronach Sławka Donosewicza nie umieliśmy zdobyć bramki i to nas mogło zgubić.
Miejscowym pomogli jednak głównie goście, choć akurat oni sporo uwag mieli do słabo sędziującego duetu arbitrów. Prawda jest jednak taka, że w I połowie prowadząc 13-9 nie wykorzystali trzech okazji do kontry i powiększenia przewagi. Błąd kroków popełnił bowiem Daniel Skowroński, a faul w ataku Grzegorz Giebel.

Tak bywa, że jak idzie, to przychodzą chwile dekoncentracji, pojawiają się błędy – przyznał bramkarz ASPR-u Daniel Janik. – Co najgorsze nie potrafiliśmy wykorzystać gry w przewadze, nawet dwoma zawodnikami. To chyba były kluczowe momenty spotkania. Przegraliśmy, ale to dla nas nie jest koniec walki o ekstraklasę.
Mieliśmy za dużo głupich strat i złych rzutów – powiedział Giennadij Kamielin, trener gości. – Jestem zły, bo dużo rzeczy robiliśmy odwrotnie niż zakładaliśmy.
Szczypiorniści ASPR-u w kluczowych momentach popełniali wręcz szkolne błędy, zabrakło im opanowania. W efekcie grając w przewadze liczebnej przez sześć kolejnych minut nie potrafili odrobić strat. Gwardia po rzucie stojącego tyłem do bramki Tomasza Zajączkowskiego, w stylu, którego nie powstydziłby się nasz reprezentacyjny kołowy Bartosz Jurecki prowadziła 24-21.

Za chwilę mimo, że cały czas gospodarze grali bez jednego zawodnika, wygrywali 27-24. W tym okresie dobrze prezentowała się opolska obrona, a kilka piłek złapał Sławomir Donosewicz. Jego vis a vis z Zawadzkiego w tym okresie byli z kolei bezradni.

W drugiej połowie słabiej zagraliśmy w obronie, a do tego doszły dziwne decyzje sędziów, którzy mylili się na naszą niekorzyść – ocenił Dominik Droździk, kołowy ASPR-u. – Z parkietu wyrzucony został Patryk Całujek za błahy faul. Tymczasem Łukasz Gradowski faulował brutalnie, a dostał tylko dwie minuty. Walka była ostra, ale to nie usprawiedliwia decyzji sędziów.

Goście zdołali się poderwać i 40 sekund przed końcową syreną przegrywali tylko 29-30. Złotą bramkę za drugą próbą zdobył doświadczony Gradowski.

Przed tą akcją powiedzieliśmy sobie, że nie gramy do skrzydła, a tymczasem tam dostałem piłkę i musiałem się przedrzeć z dwoma rywalami na plecach – opisywał Gradowski. – Kluczowy był początek drugiej połowy. Szybko rzuciliśmy dwie bramki i to chyba przestraszyło rywala.

To nie był strach, tylko jakaś niemoc – dodał Droździk.

x  x  x

Marek Jagielski, trener Gwardii Opole:
W przerwie powiedziałem zawodnikom, że nie możemy się dać sprowokować, bo atmosfera na parkiecie była dosyć napięta i to na naszą niekorzyść. Przegrywaliśmy, widać było, że ciężko radzimy sobie z presją kibiców, czy z błędami sędziów. Chodziło o to, żeby zawodnicy się uspokoili i skupili wyłącznie na swojej grze. To się udało i w drugiej części, mimo kilku kar zachowywaliśmy spokój. Nie myśleliśmy natomiast o tym, że rywal grający czternastoma zawodnikami lepiej wytrzyma od nas trudy pojedynku. Musiałem umiejętnie operować tak naprawdę ośmioma zawodnikami. Założyliśmy sobie, że w pierwszej części podkręcamy tempo, a w drugiej nieco się oszczędzamy. Wiele czynników nam sprzyjało, ale wygraliśmy dzięki uporowi.