Strona główna | Sędziowie | Fajnie, że plany pokrzyżowali nam rodacy

Fajnie, że plany pokrzyżowali nam rodacy

 

Który z Polaków spędził na mistrzostwach najwięcej czasu na boisku? Szmal, Tłuczyński, Siódmiak? Nie! To para naszych sędziów. Podopieczni Bogdana Wenty swoją grą w II rundzie mundialu zaimponowali nawet najwybredniejszym kibicom. Jednak nie tylko oni mają powód do dumy. Po boiskach chorwackiej imprezy biega jeszcze dwóch Polaków. To Marek Góralczyk i Mirosław Baum – nasz eksportowy duet sędziowski.

Na tegorocznych mistrzostwach byli rozjemcami już w siedmiu spotkaniach (wliczając  mecz o piąte miejsce Węgry – Niemcy). Czyli spędzili na boisku więcej niż nawet Sławomir Szmal! Para arbitrów ma na koncie wiele sukcesów, w tym m.in. finał olimpijski pań na igrzyskach w Atenach. Pierwszy z nich jest także dyrektorem biura Związku Piłki Ręcznej w Polsce. Mimo natłoku zajęć Marek Góralczyk znalazł czas na wywiad ze Sportfanem.


Sędziował pan dwa dni temu mecz Francja – Chorwacja. Kibice gospodarzy reagują bardzo żywiołowo. Presja jest duża?
– Oj bardzo duża, ale dla doświadczonych arbitrów nie ma różnicy czy spotkanie rozgrywane jest w ciszy, czy przy olbrzymim hałasie. Dla Chorwatów te mistrzostwa to święto narodowe, oni mają piłkę ręczną we krwi. I choć kibice ciągle gwiżdżą, to jest to publika, która – jak żadna inna – zna się na tym sporcie. Nie było więc żadnych problemów.


Fot. Marek Skorupski

Mieliście jakieś specjalne przygotowania do tego meczu?
– Tuż przed mistrzostwami świata wszyscy sędziowie mieli spotkanie z byłym trenerem reprezentacji Islandii, a obecnie sportowym psychologiem. On powiedział jedną ważną rzecz – jeśli chorwaccy kibice będą bez przerwy gwizdać, jeśli cała sala będzie przeciwko wam, to znaczy, że ten mecz dobrze sędziujecie. I to się sprawdziło (śmiech). Poza tym, podczas tych mistrzostw każda para sędziów ma taki specjalny zestaw do komunikowania się między sobą, coś na wzór piłkarskiej Ligi Mistrzów. A mając coś takiego w uszach, gwizdy aż tak nie przeszkadzają.

Ale nie da się ukryć, że taki doping może rywali wyprowadzić z równowagi.
– Może, ale nie taką drużynę, jaką są Polacy. Będzie piekło, tego chłopcy mogą być pewni, ale oni sobie z tym poradzą. Co więcej, wierzę, że ten mecz wygrają!

W takich warunkach o błąd wśród sędziów łatwiej?
– Trzeba być odpornym psychicznie i pewnym swoich umiejętności. I wtedy nie ma żadnych problemów.

Chorwacka telewizja zaprasza już nawet na niedzielny finał ich pupili z Francją. Nie przesadzają?
– Ich sprawa, ale może to i dobrze. Szmala i spółkę to z pewnością jeszcze dodatkowo zmobilizuje i sprawią nam miłą niespodziankę. Zresztą już kolejną.

Zawału serca w ostatnich 15 sekundach meczu Polaków z Norwegią pan nie miał?
– Nie, bo sędziowałem akurat spotkanie Francji z Chorwacją. Na 10 minut przed końcem spiker ogłosił, że Polacy wygrali jedną bramką. Chciałem z radości podskoczyć do góry, ale nie wypadało (śmiech). Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to było tak dramatyczne starcie. Ale oby takich spotkań więcej. Marketingowo ten pojedynek dał piłce ręcznej olbrzymie korzyści. Te ostatnie dwie minuty z zaciśniętymi kciukami obserwowali przecież kibice aż trzech narodów. Na początku to Norwegia była w siódmym niebie, potem Niemcy, a na końcu my, Polacy. Super emocje.

Poprowadzi pan finałowe spotkanie?
– Mam nadzieję, że nie, bo… zagrają w nim Polacy! Wraz z Mirkiem jesteśmy zadowoleni ze swojego występu i fajnie, że plany pokrzyżowali nam rodacy. A jakby – odpukać – w meczu o złoto nie było Polaków, to i tak raczej nie będziemy go sędziować. Bo pewnie z Chorwacją zagra Francja, a że dwa dni temu prowadziliśmy już takie spotkanie, to tym razem padnie na kogo innego.