Strona główna | ZPRP | Zapracowaliśmy na szczęście

Zapracowaliśmy na szczęście

 

Na tych mistrzostwach przesunęliśmy już tak daleko granicę bólu, który musimy znieść, że co się nam może jeszcze stać? Nic. Mamy tylko następny mecz – mówi w rozmowie z dziennikarzem „Gazety Wyborczej”, przed półfinałem mundialu z Chorwacją, selekcjoner reprezentacji Polski.

Czy przed półfinałem jeszcze pan piłkarzy motywuje, czy potrzebują raczej odprężenia?

Bogdan Wenta: O odprężeniu nie ma mowy, choć dwa dni przerwy były bardzo potrzebne. W środę jeszcze widziałem w drużynie euforię, dzisiaj już solidnie trenowaliśmy do meczu z Chorwacją, nawet na piątkowy ranek zaplanowałem zajęcia – wyłącznie taktyczne. O pewnych rzeczach nie musimy już mówić. Jesteśmy kilka lat ze sobą, po raz drugi dotarliśmy do półfinału MS. Każdy zdaje sobie sprawę, ile to znaczy i co to znaczy. Nikt nas nie uważa za faworytów, dlatego może jest trochę łatwiej, ale z drugiej strony jak już wygrałeś srebro, to chcesz więcej, myślisz sobie, dlaczego nie spróbować. Polacy często roztrząsają po sprawie, co by było, gdyby… Dlatego musimy wykorzystać wszystko, każdą szansę, by z Chorwatami podjąć prawdziwą walkę. Można nawet przegrać, ale trzeba zapracować na przekonanie, że więcej zrobić się nie dało. Po meczu z Norwegią podkreślałem, że to rywale powinni wygrać, ale oni w końcówce stracili kontrolę, a my zaryzykowaliśmy! się udało. W tym sporcie jedna piłka gdzieś tam przypadkowo odbita decyduje o tym, czy lądujesz w krainie szczęścia, czy w piekle.

Wyczerpaliście limit szczęścia?

– Przede wszystkim na nie zapracowaliśmy. Po pierwszej rundzie wielu fachowców z kraju zmieszało nas z błotem, ale, o dziwo, tutaj wszyscy powtarzali, że mamy szansę. Pokazaliśmy, kto miał rację, i teraz nie możemy wyjść na boisko rozluźnieni i licząc na łut szczęścia. Nie w takiej hali, przy tak gorącej publiczności, która pewnie spowoduje, że o samą komunikację w drużynie będzie trudno. Tutaj trzeba maksymalnej koncentracji, zwłaszcza że to właściwie miejsce, w którym piłkę ręczną wymyślono i ona tkwi głęboko w tutejszej mentalności. Jeśli się nie uda, po dziesięciu minutach zawody się skończą, pozostanie nam dograć do końca i nie będziemy mieli żadnej satysfakcji.


Fot. Marek Skorupski

Jaki ma pan plan, by temu scenariuszowi zapobiec?

– W tej hali poczujemy się jak na arenie gladiatorów- nie będziemy mieć żadnych przyjaciół, także wśród sędziów. Trzeba wejść na boisko, natychmiast zacząć się bić, przekroczyć kolejną granicę bólu. Nastawienie będzie najistotniejsze. Odpowiednie uczyni prawdopodobnym każdy wynik.

Chorwacja to drużyna czy grupa gwiazd?

– Oczywiście, że to są gwiazdy, ale tutaj widzę, że podporządkowały się grupie. Całkowicie. Wystarczy spojrzeć na największą spośród nich – Ivano Balicia. Na mnie wrażenie wywarli przede wszystkim Domagoj Dumjak oraz Igor Vori, który nieprawdopodobnie haruje i w ataku, i w obronie. Trzeba chyba skontrolować, czy nie jest na dopingu (śmiech), bo czasami wydaje się niemożliwe, by pełnić najważniejszą funkcję w obronie, a potem biec jeszcze do ataku jako obrotowy [w reprezentacji Polski oba zadania dzielone są na dwóch zawodników, którzy się zmieniają – Artur Siódmiak i Bartosz Jurecki]. Voriego właściwie nie da się wykończyć, i to od kilku lat. Dla mnie to najwartościowszy zawodnik Chorwatów, choć pewnie nie jest największą gwiazdą – te tworzą media. Ale tak naprawdę mógłbym wymieniać dalej, w tym zespole każdy ma niesamowitą siłę. Na szczęście my też mamy fajnych chłopaków – i przystojnych, i agresywnych.

Wskazywał pan mentalność Chorwatów jako idealną do odnoszenia sukcesów w piłce ręcznej…

– Oni są tacy, że poza boiskiem niekoniecznie panuje między nimi pokój, potrafią się pozabijać nawet, ale po wejściu na boisko stanowią jedność. To czasami jest wręcz dziwne. Dowiadujemy się o konfliktach w szatni, a potem oglądamy, jak walczą na boisku jeden za wszystkich i wszyscy za jednego do ostatniej sekundy.

Tak jak wy?

– Tak jak my. Dzięki temu uczę się, jak trzeba z zespołem postępować. Że czasami trzeba go do pewnych rzeczy zmuszać. Dla dobra sprawy. Na tych mistrzostwach przesunęliśmy już tak daleko granicę bólu, który musimy znieść, że co się nam może jeszcze stać Nic. Mamy tylko następny mecz.

I co najmniej połowę szans na kolejny finał mundialu?

– Tego powiedzieć nie mogę. Nasi rywale od wielu sezonów grają w rozmaitych półfinałach i finałach, zaczęli wygrywać w wieku 22-23 lat, teraz dobili trzydziestki, więc doświadczenie zebrali ogromne. A ponieważ grają w swoim kraju, po prostu muszą się poświęcić. To zupełnie inna skala wyzwania od naszego, choć oni niezależnie od okoliczności pozostają zespołem bardzo wyrachowanym. Przed nami kolosalnie trudna próba, przed którą trzeba wierzyć, że w sporcie wszystko jest możliwe.