Strona główna | ZPRP | My tu jesteśmy z orzełkiem

My tu jesteśmy z orzełkiem

 

Bogdan Wenta, trener reprezentacji Polski w piłce ręcznej o stromych schodach, grządkach i myśliwych, czyli zaczynających się w piątek mistrzostwach świata – pisze „Rzeczpospolita”.

Co musi zrobić reprezentacja Polski, by cieszył się pan z jej występu na mistrzostwach świata w Chorwacji?

Bogdan Wenta: – Będę zadowolony z każdej wygranej. Każda, nawet ze słabszym rywalem, buduje dobrą atmosferę i sprawia, że apetyt rośnie. Moim zadaniem jest przypilnowanie, żeby zawodnicy za szybko się nie przejedli. Za nami już długa droga. Teraz schody są coraz bardziej strome, węższe i stoi na nich więcej ludzi. Utrzymać swoje miejsce wcale nie będzie łatwo, bo ciągle ktoś chce nas zepchnąć

Gracie już inną rolę niż przed dwoma laty, kiedy wywalczyliście srebrny medal…

– Wtedy przed wyjazdem na turniej w reprezentację Polski wierzyli głównie sami zawodnicy. Inni mówili, że piłkarzy może mamy niezłych, ale drużyny z tego nie ma żadnej, trochę nas lekceważono. Teraz jesteśmy w kręgu faworytów. Duży to krąg, ale zawsze. W Niemczech byliśmy jak myśliwy, który nie bał się polować w dzikim lesie, teraz odbędzie się polowanie na nas. Żeby przeżyć, trzeba bardzo uważać. Jesteśmy po burzliwym okresie, po rezygnacji z gry Grzegorza Tkaczyka, który był dla nas bardzo ważny, po kontuzjach, po meczach rozgrywanych w różnym składzie. Teraz wytworzyło się w drużynie coś nowego – duża determinacja nawet u starszych zawodników, duma z reprezentowania kraju. Jak najszybciej trzeba zbudować odpowiednią koncentrację, w czym przeszkadza nam fakt, że zgrupowanie odbywa się w Warszawie. Chcemy odnieść sukces w Chorwacji, ale jednocześnie uczymy się żyć z presją, która jeszcze kilka lat temu piłkę ręczną omijała. Jeden zawodnik udziela wywiadu, na drugi dzień wszyscy to komentują i zastanawiają się nad tym, co sami odpowiedzieliby na tak zadane pytanie. Z mediami się dopiero zapoznajemy, rozgłos jest dobry, ale trzeba się do niego przyzwyczaić, wiedzieć, jak żyć. Na razie nie zawsze nam to wychodzi.


Fot. Marek Skorupski

Boi się pan mediów w razie niepowodzenia?

– W czerwcu ubiegłego roku, kiedy reprezentacja Polski w piłce nożnej jechała na mistrzostwa Europy, kapitan Maciej Żurawski powiedział w jednym z wywiadów: "Chcecie, żebym uznał, że jedziemy po złoto? OK. Jedziemy po złoto". Czasami dziennikarze zmuszają zawodników do jakichś deklaracji. Zupełnie inny sens ma stwierdzenie, że jedziemy walczyć o najwyższe cele, nawet o mistrzostwo, niż jasny przekaz: przywieziemy medale. Ktoś, kto tak powie, sam sobie narzuca presję. Kiedy w jakimś meczu jest trudna sytuacja, on czuje jeszcze większy nacisk, bo sam stworzył sobie dodatkową barierę. Dwa lata temu nikt na nas nie stawiał, teraz stawiają wszyscy.

Dziwi to pana?

– W Polsce trochę nierealnie podchodzi się do tego, kim jesteśmy i co robimy. Oczywiście nie mamy się czego wstydzić, ale nikt nie zauważa, że świat w tym czasie też nie stał w miejscu i być może niektórzy zrobili tyle samo, albo nawet więcej niż my. Nas zaślepia honor narodowy, stawiamy siebie ponad wszystkie inne narody. Leo Beenhakker awansował ze swoją drużyną na Euro po raz pierwszy w historii, a dziennikarze zrobili z niej faworyta, mimo że na turnieju były zespoły, które w takich turniejach grają co cztery lata. Nie chcę być hamulcowym, nie jestem zaściankowy, ale szacunek dla rywala zawsze musi być.

Przez cztery lata udało się panu wypracować u podopiecznych mentalność zwycięzców?

– Niektóre etapy przeszliśmy, po wielu latach zagraliśmy na igrzyskach. Przekonaliśmy się też, że jeden mecz może przekreślić nasze marzenia, a mimo to następnego dnia trzeba rano wstać i żyć. Mecz trwa kilkadziesiąt minut, ale o zwycięstwie decyduje kilka z nich, te kluczowe, w których lepszy okazuje się zespół dojrzalszy. Musimy tę dojrzałość potwierdzać w każdym spotkaniu. Kiedyś wyeliminowanie Szwedów było sensacją, a teraz jak jedziemy do Szwecji, oczekuje się od nas zwycięstwa. To powoduje dodatkowy stres. Oczywiście jesteśmy nastawieni na osiąganie jak najwyższych celów, ale jeśli będziemy myśleć już o meczu z Rosją, to co się stanie w sobotę z Algierią? W turnieju planowanie gry w meczach z najsilniejszymi rywalami nie ma sensu. Dziś jest mecz, jutro następny – tak do tego trzeba podchodzić. Medale są trzy, zespoły 24.

Po zakończonych zdobyciem srebrnego medalu mistrzostwach świata lubił pan przypominać swoim piłkarzom, że finału jednak nie udało się wygrać. Znalazł pan metodę na utrzymanie koncentracji do samego końca?

Nie ma takich metod, z niektórych teorii tylko się śmieję. Mamy kadrę składającą się z zawodników z różnych klubów, ale większość z nich od Pekinu odpoczywała tylko trzy dni, na sylwestra. Ligi grały do końca roku, potem krótki urlop i zaczęły się nasze przygotowania. Nie ma sposobu na zbudowanie formy w takim czasie, jedyne co możemy zrobić, to odświeżyć i dopracować to, co robiliśmy wcze śniej. Jesteśmy zobowiązani do maksymalnego wysiłku, bo wiadomo – my tu jesteśmy z orzełkiem, jesteśmy reprezentacją Polski, ale forma nie jest wypracowana, tylko przywieziona z klubów. Większość teorii skutecznych przygotowań buduje się po sukcesie, powstają szczegółowe analizy, ale powtórzenie takiego samego cyklu przed kolejną imprezą nie gwarantuje powodzenia. W piłce ręcznej często decydują drobnostki, jakiś rzut w słupek. Przy rozliczeniu ostatnich czterech lat spojrzałem na wykresy porównujące drużynę, która zajęła dziesiąte. miejsce na mistrzostwach w Szwajcarii w 2005 roku, i tę srebrną z Niemiec. Rezultat? Różnice w osiągnięciach gigantyczne, w statystykach – o 1,8, maksymalnie 2 procenty. To jak w tenisie, gdzie możesz zdobyć mniej punktów, ale decydują te najważniejsze. Zawodnicy muszą być przede wszystkim zdrowi i silni psychicznie.

Nie za mało w reprezentacji świeżej krwi i nowych liderów?

Od kiedy pracuję w Vive Kielce, obserwuję młodych zawodników z polskiej ligi. Mają warunki fizyczne, ale taki turniej to jeszcze za wysoki dla nich poziom. Nie za bardzo jest czas i miejsce, żeby ich sprawdzać. Ostatnio zarzucono mi, że mam za starą drużynę. No to przeanalizowałem wszystko i okazało się, że my i Islandia mamy najmłodsze kadry z europejskiej czołówki.

Pana zespół nie osiągnął jeszcze szczytu możliwości?

– Gdyby tak było, już bym tu nie pracował. Odebrałbym laurkę, a później przy kominku opowiadał bajki. Uważam, że ciągle dużo przed nami. Kiedy cztery lata temu mówiliśmy o Pekinie, królowali sceptycy. Na igrzyskach zawodnicy poczuli, że chociaż czasem boli, to warto harować. Przekopaliśmy porządnie grządkę, posialiśmy, a teraz trzeba poczekać na plon. Rolnik nie wie, jaka będzie zima i czy wiosną wszystko obrodzi. Wie jedno – za szybko zbierać nie wolno.


Więcej czytaj w „Rzeczpospolitej”