Strona główna | ZPRP | Chcę uzdrowić polski sport

Chcę uzdrowić polski sport

 

Trzeba od nowa zdefiniować pola aktywności polskiego sportu. Najbardziej widowiskowe są gry zespołowe, nie tylko piłka nożna. One budzą najwięcej emocji, przyciągają tłumy kibiców, ale i mnóstwo ludzi chce je uprawiać. Są szczególnie ważne dla dzieci, które uczą się w ten sposób zasad rywalizacji, ale i współpracy. Są to sporty całego życia – mówi w wywiadzie dla „Dziennika” Mirosław Drzewiecki, minister sportu i turystyki.

Ma pan jakiś pomysł jak uzdrowić polski sport?
– Oczywiście, przygotowujemy konkretne rozwiązania. Teraz przyszedł czas, aby je przedstawić. Teraz, bo wprowadzanie rewolucyjnych zmian na kilka miesięcy przed igrzyskami wprowadziłoby chaos i zaburzyło przygotowania, a działacze i komentatorzy szybko znaleźliby winnego w postaci ministra sportu. Zreformujemy związki sportowe.

Wyrzuci pan wiecznych prezesów?

– Nie wyrzucę, tylko wymuszę kadencyjność. Prezes na cztery lata, wybierany maksymalnie na dwie kadencje. Teraz jest tak, że są prezesi, którzy mają staż 15-, 20-, a nawet 28-letni. Jak ktoś tak długo pracuje jako działacz związku, to choćby zaklinał się, że kocha swój sport, to w rzeczywistości on z tego sportu żyje. I niczego dobrego, nowego nie wprowadzi, nawet nie dlatego, że nie chce, tylko dlatego, że nie wie jak, nie widzi potrzeby, nie ma świeżego spojrzenia. Trzeba więc niektórym podziękować, trzeba wprowadzić nowych ludzi. Jak to zrobić? Kadencyjność wymusi naturalną selekcję i rotację. Nawet Episkopat rozważa wprowadzenie kadencyjności proboszczów. Kluczem jest nowa ustawa o sporcie, nad którą pracuję i która do końca tego roku zostanie przyjęta przez parlament.

I wie pan, co pan, panie ministrze, usłyszy Że autonomia związków jest święta, że nie pan pierwszy chce dokonać takiego zamachu, że niech pan sobie idzie lepiej do siebie.
– Spodziewam się takich odpowiedzi. Rozmowy ze związkami są bardzo trudne, ponieważ oni słuchają, ale niczego nie przyjmują do wiadomości. Związki są nie tylko autonomiczne, ale mają też swoje federacje międzynarodowe, które bardzo mocno bronią federacji narodowych. I ja to szanuję. Natomiast panowie w związkach sportowych powinni uszanować to, że pieniądze, które rozdziela minister sportu w imieniu Skarbu Państwa, będą trafiały tylko tam, gdzie są klarowne, transparentne reguły, i gdzie wydatek znajdzie swoje odzwierciedlenie w wynikach. 95 proc. związków w Polsce jest w stu procentach finansowanych z budżetu państwa De facto państwo daje monopol na prowadzenie dyscypliny sportu w kraju danemu związkowi. Ja po prostu pytam: dlaczego państwo ma dawać pieniądze i nie mieć żadnego wpływu, jak są one wydawane W ustawie znajdą się wytyczne do wzorcowych statutów, a wzory zaczerpniemy ze statutów federacji międzynarodowych. Jeśli jakiś związek uzna, że da sobie radę bez pomocy państwa i nie dostosuje się do jasnych reguł, to nie będę naciskał. Podziękuję im za współpracę i poproszę, żeby jednocześnie wyjęli rękę z kieszeni budżetu państwa To będzie ich wybór. Nie dopuszczę, żeby jakikolwiek związek, który odrzuci kadencyjność władz, miał pieniądze z budżetu. Nie można się godzić na terror i na to, że związkowcy będą nadal zasłaniać się autonomią. Jeśli są autonomiczni, to niech sobie sami radzą. I myślę, że to będzie skuteczny argument.

Co oprócz zastosowania dźwigni „pieniądze za zmiany" zamierza pan jeszcze zaproponować?
– Jestem za tym, żeby w związkach zmniejszyć liczebność organów wykonawczych. Zarząd nie może jak w przypadku PZPN składać się z 35 osób. W takich warunkach po prostu nie da się sprawnie zarządzać. Organy wykonawcze powinny się składać z trzech do dziewięciu członków w zależności od wielkości związku. Będę też dążył do tego, by sportem zajmowali się menedżerowie sportu, którzy potraktują go jak produkt, który trzeba dobrze obrobić i dobrze go sprzedać. Powtarzam, że rozmawiamy o sporcie zawodowym. I tego nie są w stanie zrobić działacze. Prawda jest taka, że wielu z nich urządziło sobie życie w oparciu o związki, ale z tego niewiele dobrego wynika dla dyscypliny, którą kierują.

Trzeba od nowa zdefiniować pola aktywności polskiego sportu. Najbardziej widowiskowe są gry zespołowe, nie tylko piłka nożna. One budzą najwięcej emocji, przyciągają tłumy kibiców, ale i mnóstwo ludzi chce je uprawiać. Są szczególnie ważne dla dzieci, które uczą się w ten sposób zasad rywalizacji, ale i współpracy. Są to sporty całego życia. Dzisiaj w Polsce dzieci nie chcą się bić, nie chcą uprawiać zapasów. Oczywiście nie chcemy mówić, że jedna dyscyplina jest lepsza, druga gorsza, jeśli ktoś będzie chciał, to proszę bardzo. Natomiast trzeba na nowo zdefiniować kierunki aktywności państwa we wspieraniu sportu.

Czyli zaczniecie dawać na sporty masowe więcej pieniędzy?
– Absolutnie tak. Chcemy przede wszystkim powiązać dotację budżetową z liczbą zawodników uprawiających daną dyscyplinę i z wynikami.

Sporty niszowe mogą spodziewać się cięć.
Sam pan użył słowa nisza".

Ale to oni nam dają medale.
Kto?

Pchnięcie kulą.
– To lekkoatletyka, królowa sportu, nieniszowa. Powtarzam: koszykówka, siatkówka, piłka nożna i piłka ręczna. To te dyscypliny skupiają najwięcej dzieci, uczą pracy w zespole. Młodzi ludzie, którzy przechodzą szkołę gier zespołowych, łatwiej się asymilują w każdym środowisku. Ale jeśli podczas gry w piłkę okaże się, że któreś z dzieci ma predyspozycje do skoku w dal, to trener powinien zadbać, żeby rozwijało się w tym kierunku.

Zamierza pan zwiększyć bazę szkoleniową na uniwersytetach?
– Tak. Po Pekinie wiemy, że nie warto wysyłać młodych ludzi na wycieczkę i nie warto ich zmuszać, żeby chcieli być sportowcami. To miody człowiek musi sam podjąć decyzję, czy chce się zająć sportem na poważnie. Dopiero później jest państwo, które ma mu umożliwić dojście na szczyt. Natomiast nie widzę powodu, żeby płacić zawodnikom, których sukcesy kończą się na osiągnięciu minimum kwalifikacyjnego. Wolę, żeby pieniądze dostawał ten, który rokuje nadzieje i ma wszelkie dane ku temu, by zostać wysokiej klasy sportowcem. W polskim systemie finansowania sportu jest jeszcze inna rzecz, która niepokoi. Polscy zawodnicy do 18. roku życia zdobywają medale i są mistrzami świata i Europy, a później dzieje się coś niedobrego, jakby ktoś nożem odciął ich od sukcesów. Ten system jest chory. Trener i działacze dostają punkty i pieniądze za to, że juniorzy przynoszą wyniki. A więc często zajeżdżają tych młodych ludzi. Nie myślą perspektywicznie, żeby młodych sportowców spokojnie doprowadzić do 20. roku życia, kiedy będą mieli największy potencjał do zwycięstw. W ten sposób polskie dzieci nigdy nie zostają mistrzami jako seniorzy, mimo że byli nimi, gdy mieli 18 lat. W Ameryce się to nie zdarza. System wynagradzania jest więc chory, bo gratyfikuje średnich trenerów, którzy wszystkich poganiają batem. Amerykański trener czy niemiecki, gdy widzi, że z chłopaka może coś być, to prowadzi go tak, by osiągnął sukces w optymalnym wieku i zdobył medal olimpijski.

Czyli kolejna zmiana wiąże się z systemem premiowania?
– Też, ale zmienić trzeba cały system finansowania. Celem trenera ma być mistrzostwo olimpijskie, czyli nie to, co jest po drodze: pierwszy w Europie, pierwszy na świecie, ale jako junior. Jak ktoś jako junior jest piąty, nie jest źle, bo przy dobrym prowadzeniu ma szansę za kilka lat być pierwszy na igrzyskach olimpijskich. To wszystko chcę powiedzieć działaczom, trenerom prosto w oczy. Na jesieni zorganizuję kongres polskiego sportu. Zaproszę wszystkie związki i uczciwie przedstawię swoje plany i oceny. Powiem wprost, że pan Lisowski nie powinien być prezesem. Trzeba mieć odwagę powiedzieć ludziom, że są hamulcowymi.  Jerzy Sudoł powinien był zrezygnować nie po tym, jak go media przyłapały na trawniku, ale dużo wcześniej. Wszyscy inni, którzy wiedzą, że – delikatnie mówiąc – mają podobne problemy, niech nie czekają, aż ich media przyłapią, tylko od razu rezygnują, aby nie dawać młodym ludziom fatalnego przykładu.

Lubi pan scenę z „Misia" z piosenką Jarząbka ku chwale trenera?
– Znam tę scenę i bardzo mnie śmieszy. Często mi się przypomina. Takie mechanizmy są wciąż obecne w polskich związkach sportowych i w klubach. Choć klubów mamy coraz mniej i są coraz słabsze. W Polsce umarł klub. Kiedyś w Warszawie było tyle klubów, że można było wybierać. Dzisiaj mamy problem, bo nie ma gdzie łowić talentów. Nie ma rywalizacji międzyszkolnej, klubowej. Brakuje współzawodnictwa, zawodów. System edukacji musi się włączyć w system tworzenia lig, turniejów, mistrzostw. W sporcie zawodowym najważniejsze jest współzawodnictwo – szlachetne, ale współzawodnictwo. Trzeba się zmierzyć z innymi i zdobyć uznanie za odniesione zwycięstwo. Musi być satysfakcja, że ktoś to zobaczył i ktoś to odnotował. Dlatego wokół programu „Moje Boisko – Orlik 2012" chcemy zbudować internetowy portal społecznościowy. Dzięki internetowi chłopak będzie mógł zobaczyć, czy koledzy już przyszli na boisko, jak grają w innych miastach, rodzice będą mogli obserwować swoje pociechy i sprawdzić, czy rzeczywiście grają.

A Piotr Nurowski podoba się panu jako szef PKOl?
Piotr Nurowski to zamożny człowiek i sport to jego pasja. Zadziwił mnie tym, że zna właściwie wszystkich zawodników i naprawdę jest mocno zaangażowany. To w zasadzie jedyny człowiek, który wyszedł z peerelowskich butów, a swoją pasję potrafił przełożyć na nowe czasy. Jego błąd polega na tym, że pozwolił na tak liczną reprezentację. 0 ile przyjemniej byłoby mieć o stu zawodników mniej i o sto mniej rozczarowań. Nie wysyła się maratończyków, którzy mają czas gorszy od kobiet. Jeśli ktoś lubi maraton, może wystartować w Nowym Jorku, ale za własne pieniądze.

Słucham pana i wydaje mi się pan dobrą egzemplifikacją filozofii rządu premiera Tuska: niechęć do retoryki rewolucyjnej i szukanie kompromisów, ale też punktowe mocne uderzenia. Takie jest założenie?
To zabrzmi jak banał, ale chodzi o to, żeby było normalnie. Normalnie to znaczy, żeby autostrady były wybudowane, internet był w każdym domu, a młodzi ludzie mieli warunki startu w dorosłe życie takie jak ich rówieśnicy w krajach Europy Zachodniej. Chcemy, aby służba zdrowia była sprawna i dostępna dla pacjenta, żeby emeryci nie martwili się o swoje uposażenia. Żeby to wszystko było normą i żeby wszyscy uważali, że Polska to fajny kraj, w którym warto żyć. Organizacja Euro 2012 to piękna rzecz, która nam się przydarzyła. Trudne zadanie, ale wykonamy je. Projekt „Orlik" jest z kolei zamysłem przemiany cywilizacyjnej, jeśli chodzi o wychowanie polskich dzieci. Nikt w Europie nie zrobił tak wielkiego projektu. Mam nadzieję, że dzięki „Orlikom" wychowają się nowi mistrzowie olimpijscy.

Więcej w „Dzienniku”