Strona główna | ZPRP | To był mój najlepszy turniej

To był mój najlepszy turniej

 

– Jestem szczęśliwy, bo wystąpiłem na najważniejszej imprezie w życiu sportowca. Zabrakło tylko jednego: powrotu z medalem na szyi – mówi na łamach „Gazety Wyborczej Kielce” Mateusz Jachlewski, skrzydłowy Vive i reprezentacji Polski.

Biało-czerwoni zajęli na igrzyskach piąte miejsce – po brązowym medalu w Montrealu w 1976 roku to najlepszy wynik w historii polskiej piłki ręcznej. Mimo to pozostał niedosyt, bo drużyna Bogdana Wenty była o włos od strefy medalowej, przegrywając – głównie przez bardzo słabą grę w pierwszej połowie – ćwierćfinał z Islandią 30:32. Skrzydłowy Vive w większości spotkań wychodził w podstawowej siódemce i nie zawodził. Zdobył 24 gole.

Paweł Matys: Śni się Panu pierwsza połowa meczu z Islandią?

Mateusz Jachlewski: Powinniśmy o niej jak najszybciej zapomnieć. Graliśmy słabo w obronie, daliśmy sobie rzucić za dużo łatwych bramek z koła. Tym bardziej że Islandczycy we wcześniejszych meczach nigdy nie mieli tylu dogodnych okazji. Potem ich goniliśmy, ale ten pościg kosztował sporo sił.

Pewnie wszyscy pytają Was, co się stało?

– Ciężko to wytłumaczyć, może za bardzo chcieliśmy….

A ostatni kwadrans z Hiszpanią, mecz z Brazylią?

 
– Z Hiszpanią za szybko uwierzyliśmy, że wygraliśmy. Wkradło się rozluźnienie, brak koncentracji. I w końcówce nikomu nie szło. Rywale grali konsekwentnie, a my myśleliśmy, że mecz się skończył. A tymczasem czas wolno mijał.

Ma Pan do siebie pretensje za to spotkanie. W końcówce Pański vis-a-vis Albert Rocas [wybrany na najlepszego prawoskrzydlowego turnieju – przyp. red.] był skuteczny. Zdobył pięć z siedmiu bramek.

– (długie milczenie). Faktycznie, w kilku sytuacjach w obronie mogłem zachować się lepiej. Starałem się walczyć, ale z Hiszpanami ciężko się broni, rozgrywający dużo widzą. Pamiętam sytuację, gdy jeden z ich zawodników, faulowany na lewym rozegraniu, niespodziewanie zdołał jeszcze zagrać naprawę skrzydło. Świetne mają te zagrywki.

Teraz o milszych rzeczach. Odegrał Pan większą rolę niż w poprzednich imprezach.

– Rolę miałem taką samą (śmiech), podobne zadania od Bogdana Wenty. Ale rzeczywiście, zdobyłem więcej goli niż na mistrzostwach świata w Niemczech czy Europy w Norwegii, miałem więcej okazji do rzutów. Ale i czułem się też zdecydowanie lepiej. Byłem skoncentrowany, miałem ogromną motywację, by pokazać umiejętności. W ostatnich miesiącach ciężko pracowałem, by jechać
do Pekinu. Mam nadzieję, że efekty było widać.

Było, 24 bramki przy 69-procentowej skuteczności to bardzo dobry wynik.

– To naprawdę moje statystyki Mogło być lepiej (śmiech). Co prawda nigdy nie da się grać na 100 procent, ale jestem szczęśliwy. Śmiało mogę stwierdzić, że to najlepszy turniej mojego życia.

A najlepszy Pański mecz w Pekinie?

– Paradoksalnie z Islandią. Zdobyłem sześć bramek na osiem rzutów. Po udanych spotkaniach z Chinami, Hiszpanią czy Brazylią nabrałem pewności siebie i do meczu podszedłem na luzie. Oczywiście wiedziałem, że to najważniejsze spotkanie turnieju. Koledzy mi ufali, a ja wykorzystywałem dogodne sytuacje. Żałuję tylko, że nie trafiłem pod koniec meczu, gdy goniliśmy rywala. Tym bardziej że graliśmy w przewadze.

Zaskoczyły Pana medalowe rozstrzygnięcia?

– O tak. Przed turniejem nie postawiłbym na Islandię czy Hiszpanię. Trzeba jednak przyznać, że w finale spotkały się dwa najlepsze zespoły [Francja i Islandia – przyp. red.]. Grali najlepszego szczypiorniaka. Zaskoczyło mnie natomiast szybkie odpadnięcie Niemców. Kto wie, co by było, gdyby udało im się awansować do ćwierćfinału.

Osiem spotkań w dwa tygodnie. Wystarczyło sił?

– Jestem troszkę zmęczony (śmiech). A poważnie, to głównie bardzo zadowolony, że tam byłem. Wystąpić na olimpiadzie z orzełkiem na piersiach to niesamowite przeżycie i doświadczenie. A przecież jeszcze niedawno nie byłem pewny, czy w ogóle znajdę się w składzie.

Ale grał Pan już przecież na mistrzostwach świata i Europy…

– Olimpiada jest najważniejsza. W Pekinie spotkałem słynnych sportowców, to niesamowite uczucie. Igrzyska są łatwiejszym turniejem, bo praktycznie zaczynają się dopiero od ćwierćfinału. Szkoda, że dla nas się skończyły na tej fazie.

A wspomnienia z Chin?

– W wiosce było wszystko perfekcyjnie zorganizowane, a do końca życia nie zapomnę otwarcia olimpiady. Nawet nie umiem go opisać. Nie zapomnę też wspanialej architektury Chin. Wszystko było tam fajne, spędziłem wspaniałe chwile, ale zabrakło najważniejszego. Powrotu z medalem na szyi. Cóż, może za cztery lata w Londynie…

X  X  X

Mateusz Jachlewski ma 24 lata. Urodził się w Gdyni, jest wychowankiem SMS-u Gdańsk. W 2006 roku z gdańskiego AZS AWFiS-u Gdańsk przeniósł się do Vive Kielce. W lutym 2007 roku z reprezentacją Polski zdobył w Niemczech wicemistrzostwo świata. W kadrze narodowej seniorów rozegrał 73 mecze, zdobył 183 bramki.