Strona główna | ZPRP | Coś w tym jest

Coś w tym jest

 

Ślubowanie w PKOl było dla mnie bardzo emocjonalnym przeżyciem. Powiem szczerze, że bardzo się wzruszyłem, w oczach stanęły mi łzy. Niby to tylko taka oficjalka, ale coś w tym jest – mówi Bogdan Wenta w wywiadzie dla „Dziennika”.

WOJCIECH OSIŃSKI/Dziennik: Za kilkanaście dni poprowadzi pan swoją drużynę w igrzyskach olimpijskich. Do tej pory jedyny medal olimpijski polscy piłkarze ręczni zdobyli w Montrealu. Pamięta pan ten sukces?

BOGDAN WENTA: To były pierwsze igrzyska, które śledziłem zupełnie świadomie. Oglądałem je z zapartym tchem. Jednak ja wówczas dopiero zaczynałem się bawić w piłkę ręczną i znacznie bardziej niż szczypiornistami – którzy w Kanadzie zdobyli brązowy medal – byłem zafascynowany siatkarzami Wagnera. Dopiero jak poszedłem do Technikum Budowy Okrętów i poznałem trenera Leona Walleranda, zainteresowałem się na dobre piłką ręczną.

W Moskwie biało-czerwoni zawiedli.
– Miałem wtedy 19 lat, grałem w reprezentacji młodzieżowej. Moi starsi koledzy pojechali do stolicy ZSRR jako jedni z kandydatów do medali. Tym bardziej, że igrzyska zbojkotowały państwa zachodnie. Oczekiwania były duże, ale skończyło się na siódmym miejscu. Był tam mój obecny asystent Daniel Waszkiewicz i jak wszyscy był bardzo rozczarowany.

Ślubowanie w PKOl /Fot. M.Skorupski

Pewnie wtedy marzył pan o tym, że za cztery lata sam powalczy pan o olimpijski medal. Jednak nic z tego nie wyszło.
Powrót do tamtych chwil do tej pory wywołuje we mnie ból i złość. Jak myśmy się wtedy cieszyli na te igrzyska! Miałem 23 lata, wydawało mi się, że chwyciłem pana Boga za nogi. Byłem w reprezentacji, miałem jechać do Los Angeles. A jaki myśmy wtedy mieli zespól – Klempel, Waszkiewicz, Szymczak, Panas, Tłuczyński! Mogliśmy się bić nawet o złoto. Ja i Zbyszek Plechoć spaliśmy w olimpijskich ciuchach. Ale czar prysł, gdy do Zakopanego przyjechał jakiś aparatczyk i urzędowym tonem zakomunikował, że Polska zbojkotowała igrzyska.

Co pan wtedy czuł?
– Nie sposób tego opisać. Pamiętam, że jeden z najlepszych bramkarzy świata Andrzej Szymczak rozpłakał się jak małe dziecko, a trener Kuchta powiedział, że możemy iść do knajpy i się upić. To było moje najgorsze sportowe doświadczenie w życiu.

W końcu jednak zagrał pan w igrzyskach, tyle że w barwach Niemiec. Jak pan się czuł?
– To było spełnienie sportowych marzeń, jednak czułem, że to nie był ten dres i orzełek, co trzeba. Moja sytuacja była taka, a nie inna, kilka lat wcześniej przyjąłem niemieckie obywatelstwo. Nie ukrywam, że szukałem kontaktu z Polakami. Pamiętam, jak poszedłem do polskiej ekipy olimpijskiej pogratulować po złotym medalu Kamili Skolimowskiej. Spotkałem tam Adama Giersza, byłego trenera reprezentacji pingpongistów, który tak jak ja był z Gdańska. Powiedziałem dzień dobry, a on mnie chyba nie poznał. Przeszedł kilka kroków, dopiero się odwrócił i zapytał, co ja tam robię.

Z jakimi reakcjami pan się spotykał?
Spojrzenia członków polskiej reprezentacji były trochę dziwne. Ja też czułem się dziwnie.

Teraz wreszcie jedzie pan na igrzyska w polskim dresie.
– Piątkowe ślubowanie w PKOl było dla mnie bardzo emocjonalnym przeżyciem. Powiem szczerze, że bardzo się wzruszyłem, w oczach stanęły mi łzy. Niby to tylko taka oficjalka, ale coś w tym jest.

Jak przeżyli tę uroczystość pańscy podopieczni?
– Patrząc na twarze chłopaków, widziałem w nich siebie sprzed ćwierć wieku. To było dla mnie niesamowite doznanie i przekażę je zawodnikom, to będzie dla nas wszystkich kolejny zastrzyk motywacji. Tylko, że im teraz tych igrzysk nikt nie odbierze.

Trzem z nich pan je odbierze. Musi pan zredukować kadrę do 15 zawodników.
– To bardzo trudne. Przecież to dzięki nim mogę teraz jechać na igrzyska w biało-czerwonym stroju. Przez ostatni miesiąc pracowali z nieprawdopodobnym zaangażowaniem. Jak mam im teraz powiedzieć: „To on pojedzie na igrzyska, a nie ty". Biorę pod uwagę opinie Daniela Waszkiewicza, sztabu medycznego, zawodników. Ale decyzję będę musiał podjąć sam. A ta decyzja przekreśli marzenia trzech młodych ludzi. To dużo trudniejsze niż gra.