Strona główna | ZPRP | Nazywają nas szaleńcami

Nazywają nas szaleńcami

 

Na mistrzostwa Europy pojechaliśmy na fali euforii. Jako wicemistrzowie świata liczyliśmy na wiele i bardzo się przeliczyliśmy. Ale po takiej porażce drużyna dorasta. To nam się przyda w Pekinie – mówi bramkarz reprezentacji Polski, Sławomir Szmal w wywiadzie dla „Dziennika”.

RAFAŁ KAZIMIERCZAK: Wybrał pan sobie niebezpieczny zawód. Został pan kiedyś znokautowany piłką?

SŁAWOMIR SZMAL: – Nokautu jeszcze nie było, ale coraz częściej odczuwam ból. Przede wszystkim w barkach, w łokciach. Przyjmuję na ciało mocne uderzenia, więc to normalna rzecz.

Normalna? Trzeba mieć odwagę, żeby ryzykować uderzenie piłką lecącą z szybkością ponad 100 km/h.

– No tak, czasami nazywają nas szaleńcami. Ale można się przyzwyczaić. Każdy sport kontaktowy wymaga szaleństwa. Trzeba lubić ryzyko i ja je lubię. Każdy jest stworzony do czegoś innego. Ja akurat zostałem bramkarzem w piłce ręcznej. To stresujące zajęcie, ale jak coś nie idzie, można poprosić o zmianę, a potem znowu wrócić do gry. To nie piłka nożna, gdzie bramkarz broni przez 90 minut. Czasami sam proszę o zejście z boiska.

To niespotykane w sporcie.

– Bywa, że człowiek się denerwuje, nie jest z siebie zadowolony. Wtedy potrzebna jest rada z boku, żeby się uspokoić. I ja chętnie z takich rad korzystam. Wydaje mi się, że współpraca bramkarzy w naszej reprezentacji funkcjonuje bez zastrzeżeń. Tak było w mistrzostwach świata i w kwalifikacjach do igrzysk. Kiedy mi nie szło, zmienialiśmy się właściwie bez decyzji trenera.


Sławomir Szmal chwali współpracę z Adamem Weinerem
/Fot. Marek Skorupski

To prawda, że przed meczem z nikim pan nie rozmawia?

– Tak jest. Próbuję się odciąć, skoncentrować tylko na tym, co mam zrobić. Siedzę w szatni z chłopakami, słyszę, co mówią, ale wtedy nic się nie liczy.

W meczu kilka razy musi pan bronić karnych. Prowokuje pan strzelającego?

– Nigdy tego nie robiłem. Jestem przygotowany do karnych, oglądam na wideo zawodników, którzy je wykonują. Znam wszystkich zawodników drużyny przeciwnej.

Zawsze wykonują karne w ten sam sposób?

– Rzucają różnie. Ale w stresującej sytuacji zdarza się, że rzucają w swój ulubiony sposób. I wtedy ja staję im na drodze.

Co decyduje o tym, że jest się dobrym bramkarzem w piłce ręcznej?

– Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Ja od lat robię swoje. Przychodzę na treningi, przykładam się do tego, co robię, jestem uczciwy wobec siebie. I tyle.

Co się stało na mistrzostwach Europy? Pojechaliście tam jako wicemistrzowie świata, a zajęliście 7. miejsce.

– Chyba były za duże oczekiwania wobec nas. Sami zresztą liczyliśmy na wiele. Ale po takiej przegranej drużyna dorasta. To się na pewno przyda na igrzyskach.

Do igrzysk przygotowujecie się od dwóch miesięcy. Nigdy nie trenowaliście razem tak długo.

Przygotowania są standardowe, jak przed każdym wielkim turniejem, tyle że rozłożone w czasie. Jesteśmy razem, z małymi przerwami, osiem tygodni. To bardzo długo, więc jakieś niesnaski są. Ale to normalne. Mogę zapewnić, że atmosfera w drużynie jest bardzo dobra.

Uczestniczyliście w wielkich turniejach, ale nigdy w igrzyskach. Stres jest większy?

Bo ja wiem? To wyjątkowy turniej, bo odbywa się raz na cztery lata.

I tylko tyle?

– A po co się stresować Na razie każdy z nas walczy o to, by znaleźć się w drużynie na igrzyska. Na zgrupowaniu w Szczyrku trenowało nas 21, do Pekinu poleci 15. Na te przygotowania poświęciliśmy urlopy, czas, który mieliśmy spędzić z rodzinami. I nikt nie chce wypaść z tej z drużyny. Zagrać na igrzyskach – to naprawdę jest coś.

A zdobyć medal olimpijski?
– Mówiłem już, że nie będzie żadnych deklaracji. Między sobą też o tym nie rozmawiamy. Nie ma tego tematu.