Strona główna | ZPRP | To powód do wstydu

To powód do wstydu

 

Pracę wykonaliśmy rzetelnie, jest mistrzostwo i Puchar Polski. A teraz musimy prosić klub o zapłatę. Jak to możliwe? – irytuje się Bartosz Wuszter, obrotowy Wisły Płock w rozmowie z „Gazetą Wyborczą Mazowsze”.

Rafał Kowalski: Jak przebiega zgrupowanie w Spale?

Bartosz Wuszter: W porządku. To obóz kondycyjny, kładący nacisk na siłę i wytrzymałość, więc przede wszystkim biegamy i odwiedzamy siłownię. Mimo to nie brakuje zajęć z piłkami. Nie jest i nie będzie łatwo. Pojechałem do Spały po przetarciu, jakim był wakacyjny wypad w Tatry. Poza tym przystępuję do przygotowań z uczuciem ulgi po udanej operacji palca u nogi. Jego ból mocno doskwierał mi pod koniec ostatniego sezonu. Nie narzekam więc na kłopoty ze zdrowiem, jak to nie raz zdarzyło się w trakcie rozgrywek. A to pozytywnie wpływa na moje poczynania.

Niewiele brakowało, byście w ogóle nie wyjechali z powodu zaległości finansowych wobec was ze strony klubu. Ostatecznie wsiedliście do autokaru, ale ruszyliście dopiero po dwóch godzinach.

– Do takiego kroku zmusiła nas sytuacja, która niewątpliwie rzutuje na dobre imię klubu. Jak to możliwe, że nie możemy doprosić się pieniędzy za uczciwie wykonaną pracę? I to jak wykonaną, przecież sięgnęliśmy po mistrzostwo i Puchar Polski! Tymczasem w momencie, gdy mamy jechać do Spały, okazuje się, że na nasze konta nie wpłynęły pieniądze z tytułu ostatnich rat kontraktowych. Do tego premia za mistrzostwo Polski, czyli ok. 400 tysięcy złotych do podziału. Miało to zostać załatwione do połowy czerwca. Tymczasem upłynął miesiąc i nic się nie zmieniło. W dniu wyjazdu od Janusza Matusiaka, wiceprezesa ds. sportowych, otrzymaliśmy zapewnienie, że jeszcze tego dnia zostanie uregulowane 20 proc. zaległości. I tak się stało, tylko dlatego zdecydowaliśmy się wyjechać do Spały. Ale to nie koniec.No właśnie, kiedy otrzymacie resztę pieniędzy?

– Wiceprezes Matusiak zapewnił nas, że do najbliższego czwartku, najpóźniej piątku. Zaufaliśmy mu, więc do tego czasu skupiamy się wyłącznie na przygotowaniach do nowego sezonu. Lecz jeśli przed sobotą na naszych kontach nie ujrzymy zaległych pieniędzy, nie pozostaniemy bierni. Może to się skończyć nawet absencją w treningach. Choć naprawdę mamy nadzieję, że nie zostaniemy do tego zmuszeni.

Przygotowujecie się nie tylko do rozgrywek ligowych, ale też rywalizacji w Lidze Mistrzów. Jak podchodzicie do tego, że mecze w europejskich pucharach przyjdzie wam rozgrywać poza Płockiem – w Łącku, Włocławku albo Warszawie?

– Dla mnie kolejny rok bez hali w Płocku z prawdziwego zdarzenia to kolejny powód do wstydu. Losowanie przydzieliło nam mocnych przeciwników, mających w swoich szeregach gwiazdy światowego handballa. Już w tej sytuacji nasze szanse na sukces są małe. I na dodatek właściwie wszystkie mecze będziemy rozgrywać na wyjeździe. Mam tylko nadzieję, że ostatecznie komisja EHF dopuści halę w Łącku lub we Włocławku. Bo podróże na Torwar to naprawdę byłaby przesada…

Czy według ciebie Wisła w ogóle ma szanse na wyjście z grupy w Lidze Mistrzów?

– Na dzisiaj z kolegami oceniamy, że jesteśmy słabszą ekipą od węgierskiego Pick Szeged, chorwackiej Croatii Zagrzeb czy niemieckiego Rhein-Neckar Löwen. Sportowo i organizacyjnie. Dlatego najbardziej realne jest czwarte miejsce w grupie, każde zwycięstwo będzie wspaniałą niespodzianką. Oczywiście, nie składamy broni. Tego Wisła nigdy nie robiła. Ale trzeba patrzeć realnie. Każdy kibic piłki ręcznej wie, że taka Croatia w składzie z Ivano Baliciem, Mirzo Dzombą czy Igorem Vorim nie ustępuje potencjałem Barcelonie. Jedynie jest od niej mniej znana. W każdym razie na pewno ciekawie będzie rywalizować na parkiecie z gwiazdami piłki ręcznej. No i naszymi rodakami, przecież w drużynie Rhein-Neckar Löwen są Sławomir Szmal, Mariusz Jurasik, Karol Bielecki i Grzegorz Tkaczyk.

W takim razie zapewne cieszycie się, że w ramach przygotowań wystąpicie w silnie obsadzonym turnieju Sparkasse Cup [od 12 sierpnia] – tam waszymi rywalami będzie m.in. wicemistrz Niemiec SG Flensburg-Handewitt.

– To naprawdę świetna sprawa. Najlepszym przetarciem przed występami w Lidze Mistrzów są mecze z bardzo silnymi ekipami. Zresztą nie tylko przed LM. Również w naszej lidze niełatwo nam będzie obronić tytuł mistrzowski. Według mnie Vive Kielce, po przybyciu trenera Bogdana Wenty i wzmocnieniach m.in. Michałem Stankiewiczem będzie najgroźniejszym rywalem w walce o tytuł mistrzowski. Ale nie demonizujemy wzmocnień kielczan. Jesteśmy zbyt doświadczeni, by drżeć choćby przed nazwiskiem nowego szkoleniowca Vive. Wszystko rozstrzygnie się na parkiecie, a my jak zwykle mierzymy w najwyższy cel.

Jak przyjęliście nowych kolegów: duńskiego bramkarza Mortena Seiera i Andrieja Frołowa, rozgrywającego z Rosji?

– Choć jesteśmy ze sobą dopiero od ubiegłego tygodnia, obaj stali się już członkami naszej rodziny. Morten zna język angielski, nie ma więc większych kłopotów z porozumiewaniem się. Minęło zbyt mało czasu, by realnie oceniać ich umiejętności. Choć Morten już zdołał udowodnić, że potrafi bronić na niezłej skuteczności. Zaś Andriej zrobił na nas wrażenie potężną posturą. Na razie nie zaprezentował jeszcze swojego rzekomo atomowego rzutu. Jednak jest usprawiedliwiony, bo leczy lekki uraz. I przecież atomowym rzutem ma straszyć rywali, a nie naszych bramkarzy.

Więcej w „Gazecie Wyborczej Mazowsze”.

ZOBACZ TAKŻE:

Szczypiorniści Wisły zastrajkowali