Strona główna | ZPRP | Trener z importu, a drużyna na eksport

Trener z importu, a drużyna na eksport

 

Ruszyła ostatnia faza kwalifikacji do igrzysk w Pekinie. Do olimpijskiej elity po 40 latach weszły nasze siatkarki. Od piątku z hal Wrocławia i Espinho będziemy wyczekiwać wyłącznie dobrych informacji o występach biało-czerwonych siatkarzy, którzy mogą po raz drugi z rzędu pojechać na igrzyska, oraz piłkarzy ręcznych, mających realną szansę, by po 28 latach powalczyć pod znakiem ośmiu kółek.

W dniu, kiedy rozstrzygać się będą losy obu reprezentacji, czyli w niedzielę 1 czerwca, piłkarze pod wodzą Don Leo rozegrają pożegnalny mecz z Danią, ruszając na historyczne dla nas Euro. Coś się przełamuje i biało-czerwoni jakby uczyli się grupowej współpracy. Czyżby nowoczesny sportowiec Polak zapomniał, jak kopać dołki pod trenerem, kłócić się ze wszystkimi i imprezować w nocnych klubach?

Pewnie jeszcze o tym niektórzy pamiętają i chętnie by do dawnych praktyk wrócili, ale problemem będzie powrót do kadry dowodzonej przez generała z importu, który narzuca polskiej drużynie własny porządek. Oczywiście metody zarządzania kadrą mogą być różne, bo i różne są historie naszych drużyn, tak jak odmienne panują w nich relacje.

Przykład Marco Bonitty pokazał, że by prowadzić nasze zawodniczki, nie wystarczy wymagać, ale trzeba je jeszcze polubić i zrozumieć, Bogdan Wenta przyjmuje zasadę zawodowego partnerstwa z byłymi kolegami z kadry, Leo Beenhakker działa z pozycji paternalistycznej, zaś Raul Lozano prowadzi swoich do boju pod szyldem Małego (choć bardzo niezależnego) Rycerza wspieranego przez swoich polskich żołnierzy z pułkownikiem Świderkiem na czele. Każdy z naszych wodzów ma swóje metody pracy. Łączy ich jednak niemało, a są to nie tylko zagraniczne paszporty, ale przede wszystkim zagraniczne doświadczenia. Wszyscy w roli polskich selekcjonerów zaliczyli już sukcesy, ale i niemałe wpadki, jednak najważniejsze, że wszyscy są charyzmatycznymi liderami o silnym autorytecie.

Bo w sporcie nie jest sztuką być w formie ani też być gotowym do walki z dowolnym rywalem. Trzeba to jeszcze przełożyć na fakty, przekuć na medale, kwalifikacje itd. Polskim trenerom radzę pozbyć się zazdrości i szybko zrobić zawodowy rachunek sumienia, na pierwszym stopniu stawiając kwestię własnego autorytetu. Taki mocny i szanowany facet ma szansę poprowadzić zawodników do zwycięstwa, tym samym widzów przed telewizory i na stadiony, a przy okazji nowych ulegających magii trenerskiej gwiazdy klientów banku czy smakoszy złocistego trunku. I byleby tylko zachować właściwą kolejność i proporcje. Gwieździe wolno więcej, gwiazda może więcej, ale gwieździe trudno wybaczyć i zawiedzione nadzieje. Niech zatem trenują naszych, prowadzą do boju i pozostają obiektami ogólnonarodowego uwielbienia, bo to nam się po prostu opłaca.

Robert Korzeniowski
szef TVP Sport

dla „Polska Gazeta Wrocławska”