Strona główna | ZPRP | Kwalifikacje do IO Polek zagrożone?

Kwalifikacje do IO Polek zagrożone?

 

Nie ma słabych drużyn na mistrzostwach Europy piłkarzy ręcznych w Norwegii – uważa prezes Związku Piłki Ręcznej w Polsce Andrzej Kraśnicki. Jego niepokój budzi fakt, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi co do udziału reprezentacji seniorek w kwalifikacjach olimpijskich.

Andrzej Kraśnicki, który został wybrany na szefa ZPRP 15 stycznia 2006 roku, urodził się w 1949 roku na Mazurach, w Nidzicy. Jest żonaty, ma dwie córki, które ukończyły uczelnie o profilu ekonomicznym oraz trójkę wnucząt, w tym najmłodsze liczące niespełna miesiąc. Ukończył AWF w Poznaniu, grał w reprezentacji kraju juniorów i młodzieżowej w piłce ręcznej. Wcześniej trenował lekką atletykę zdobywając m.in. w swoich kategoriach wiekowych tytuły mistrza Wielkopolski w różnych konkurencjach.

Był jednym z głównych animatorów powstania toru regatowego Malta, na którym w 1990 roku odbyły się mistrzostwa świata. Ale jak sam wspomina: "kosztowało go to wiele zdrowia i wylądował na oddziale intensywnej terapii w stanie przedzawałowym". Potem zajął się swoją własną firmą i działalnością w KS Posnania. Następnie powołano go na stanowisko szefa Polskiej Konfederacji Sportu. Po jej rozwiązaniu, za namową honorowego prezesa ZPRP, prof. Janusza Czerwińskiego powrócił do piłki ręcznej, tyle że tym razem jako działacz.Prezes ZPRP przyleciał na trzy dni do norweskiego Stavanger, gdzie piłkarze ręczni rozpoczęli rywalizację o medale ME i w sobotę powrócił do kraju. Przed odlotem obiecał, że pojawi się na finałach, aby móc dopingować podopiecznych trenera Bogdana Wenty.

PAP: Jak ocenia pan dotychczasowy przebieg mistrzostw w Norwegii?

Andrzej Kraśnicki: Tutaj nie ma słabych drużyn. Po pierwszym meczu z nami wydawało się, że Chorwacja jest murowanym kandydatem na pierwsze miejsce w grupie. Myśmy do 50. minuty mieli szansę wygrać, ale ostatnie 10 minut było już znacznie słabsze. Ze Słoweńcami pierwsza połowa w wykonaniu Polaków była znakomita, a na drugą wyszli jakby usztywnieni. Musimy mieć jednak świadomość, że w przerwie trener Słowenii na pewno próbował zlikwidować słabości swoich zawodników z pierwszej części i inaczej ustawił drużynę.

Wygraliśmy i z tego należy się cieszyć. Jeśli będzie postęp w grze i trend wznoszący to mamy szanse zajść daleko. Z rezerwą podchodzę do tych mistrzostw, bo wiem, że są bardzo trudne. Dla mnie najważniejsze jest aby reprezentacja zakwalifikowała się na igrzyska olimpijskie i dlatego takim zadaniem numer 1 będzie turniej kwalifikacyjny. Oczywiście awans do Pekinu możemy wywalczyć bezpośrednio zdobywają mistrzostwo kontynentu, co nie jest niemożliwe, ale nadzwyczaj trudne.

W Norwegii wszyscy mają szansę, nawet Czesi, którzy grając słabo przegrali pierwszy mecz ze Słowenią, a w piątek wykazali, że mogą toczyć równorzędną walkę z takim przeciwnikiem jak mistrz olimpijski – Chorwacja. Dlatego w niedzielę nie będzie łatwo pokonać tę drużynę. Oni zagrają z nami o wszystko. Mamy większy potencjał i większe szanse, ale przy znakomitej dyspozycji rywali i naszej słabszej to nigdy nic nie wiadomo. Na pewno wnioski z ME, niezależnie od końcowego wyniku, przydadzą się na turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk.

PAP: Co było dla pana największym zaskoczeniem w innych grupach?

AK: Dużą niespodzianką była wygrana Francji ze Słowacją zaledwie jedną bramką. Słowaków oceniałem znacznie niżej, ale zrobili ogromne postępy. Niespodziewane było także nadzwyczaj wysokie zwycięstwo Norwegów nad Rosjanami. Dla mnie ekipa gospodarzy jest faworytem tej imprezy. Ta drużyna ma potencjał, kibiców i ściany za sobą.

PAP: Podobno sytuacja z udziałem pań w turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk w Pekinie wcale nie jest tak klarowna jak to się wcześniej wydawało?

AK: Czekamy teraz na decyzję IHF (Międzynarodowa Federacja Piłki Ręcznej) w tej sprawie. Jeżeli obowiązywałby ten system, który nam przedstawiono podczas grudniowych mistrzostw świata we Francji, to w turnieju kwalifikacyjnym do olimpiady startujemy. Jeśli na dodatek powtórzone kwalifikacje azjatyckie wygrałaby Korea Płd. to wówczas, wg mojej oceny, trafilibyśmy do łatwiejszej grupy, z Rumunią, Węgrami i najprawdopodobniej Japonią (do Pekinu pojadą po dwie najlepsze drużyny – przyp. PAP).

Tak dokładnie to nie wiadomo jak to będzie wyglądało. Jestem w posiadaniu rozpiski zrobionej osobiście ręką wiceprezydenta IHF Kożuchowa, na której rozrysował scenariusz jakie państwa się kwalifikują do tych turniejów. Mam nadzieję, że to jest scenariusz IHF i że nasze dziewczyny będą miały szansę walki o igrzyska. Ale mam jednak sporo wątpliwości, bowiem o ile europejska federacja ma wszystko poukładane pod każdym względem, o tyle światowa podejmuje decyzje, które muszą być jednoznacznie potwierdzone.

Będę mógł się wypowiadać na ten temat dopiero po zapoznaniu się z oficjalnym stanowiskiem IHF, a tego oficjalnego stanowiska nie ma ani na stronie internetowej (było krótko i potem zniknęło – przyp. PAP) ani nie dostaliśmy go inną drogą. Dziś nie wiemy na pewno, w której grupie zagramy i czy w ogóle zagramy. Interpretacje w europejskiej federacji i światowej były różne. Decyzje podejmuje ta ostatnia. Znam poglądy pojedynczych osób, ale niczego nie mam na piśmie.

PAP: Nie powinno to być wcześniej jasno ustalone?

AK: Powinno, ale to nie od nas zależy.

PAP: Co się zmieniło w pana związku, od czasu objęcia funkcji prezesa?

AK: Bardzo dużo. W 2007 roku IHF uznała nas za najlepszą federację. Do poprawienia jest jeszcze wiele, bo nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Musimy się wzmocnić kadrowo. Za każdą złotówką, a ostatnio mamy ich znacznie więcej, stoją odpowiednie działania. Przy tej samej kadrze jest to prawie niemożliwe, dlatego muszą dojść nowe osoby.

PAP: Jak się układa współpraca klubów z reprezentacjami?

AK: Problem jest coraz mniejszy, bo coraz mniej zawodników gra w polskiej lidze, więc mówimy tu o dwóch-trzech klubach. Regulują to odpowiednie przepisy. Myślę, że współpraca ta jest poprawna. Im będzie większy poziom w klubach tym lepiej będzie grała reprezentacja, zwłaszcza, że w porównaniu do innych dyscyplin, nasze zgrupowania są stosunkowo krótkie, więc wiele zależy od pracy w klubach.

PAP: Czy ma Pan jeszcze czas, pomiędzy pracą zawodową i społeczną, na relaks? Jakie są pańskie pasje?

AK: Łączenie pracy społecznej z zawodową zabiera mi większość czasu. To ważny element z punktu widzenia życia rodzinnego. Rzadko jestem na urlopie. Ostatnio praktycznie każdą wolną chwilę poświęcam piłce ręcznej. Ale dzieci mam już dorosłe, więc może jest łatwiej. Chociaż trochę zaniedbuję żonę. Czasami zabieram ją na… mecze i to pozwala nam choć trochę pobyć razem. Dodatkowo człowiek jest rozbity na Warszawę i Poznań, co także jest sporym utrudnieniem. Bardzo lubiłem jeździć na nartach. Jestem instruktorem narciarstwa. To było moje hobby. Ale na początku lat 90. miałem wypadek samochodowy i teraz generalnie unikam przeciążeń. Od czasu do czasu wkładam narty. Okazuje się, ze technikę, którą opanowałem przed laty, przy dzisiejszym sprzęcie, można bez problemu utrzymać.

PAP: Bardzo ciężki to był wypadek?

AK: BMW zostało skasowane. Można powiedzieć, że samochód uratował mi życie. Przeżyłem tylko dzięki poduszkom powietrznym i temu, że w chwili uderzenia odpowiednio się złamał. Wylądowałem w szpitalu w Kostrzyniu nad Odrą, gdzie nikt nie mówił po niemiecku, a tego samego dnia, podobnie jak ja, w poślizg wpadło kilku Niemców i ja taki ledwo żywy musiałem robić za tłumacza. Od tego czasu mam problemy z kręgosłupem.

W Stavanger rozmawiał Cezary Osmycki (PAP)