Strona główna | EHF Euro 2016 | Z cyklu “Poznaj Ambasadora EHF EURO 2016”: Bogdan Wenta

Z cyklu “Poznaj Ambasadora EHF EURO 2016”: Bogdan Wenta

 

Bogdan Wenta: Finał to cel trudny, ale realny

„Spokojnie, mamy dużo czasu” – powiedział 15 sekund przed końcem spotkania Polska – Norwegia na mistrzostwach świata w 2009 roku, które wygraliśmy ostatecznie 31:30. Mowa oczywiście o wybitnym trenerze, żywej legendzie polskiego szczypiorniaka, Bogdanie Wencie. Jako Ambasador EHF EURO 2016, ale przede wszystkim jako były szkoleniowiec, ocenia formę biało-czerwonych, a także wspomina swoją karierę zawodniczą i trenerską.

Zaczynał Pan od lekkoatletyki, więc skąd wzięła się zmiana w kierunku piłki ręcznej?

Chodziłem wtedy do szkoły podstawowej, a obok było technikum rolnicze, w którym pracowało dwoje nauczycieli związanych z lekkoatletyką i oni prowadzili koło sportowe. Zostałem wciągnięty w ten sport, biegałem 400 metrów płaskie i przez płotki oraz biegi przełajowe. Jeśli chodzi o piłkę ręczną, to zacząłem, gdy poszedłem do Technikum Budowy Okrętów w Gdańsku. Tam lekcje WF-u prowadził profesor Wallerand, który wyławiał chłopaków, którzy potrafili coś grać do sekcji szkolnego klubu, który był filią Wybrzeża Gdańsk.

I właśnie w zespole Wybrzeża rozpoczął Pan profesjonalną karierę.

Dość szybko właśnie, bo wieku 16 lat zacząłem występować w zespole starszych juniorów, więc reszta była od mnie rocznikowo starsza. Moim pierwszym trenerem był Stanisław Steinke, reprezentant Polski, obrotowy. On się mną zajął i dostrzegł we mnie talent, który potem rozwijał. Grałem dla Wybrzeża przez dwanaście lat.

A potem przyszedł czas na Hiszpanią i Niemcy. Czego się Pan nauczył w poszczególnych krajach?

Ważna dla mnie była możliwość gry i rywalizacji z zawodnikami z polskiej ligi, w tamtym okresie bardzo mocnej. Być w zespole Panasa, Waszkiewicza, Popielarskiego i rywalizować z braćmi Cieśla, Grześkiem Kosmą czy Jurkiem Garpielem, dla mnie jako młodego chłopaka było to niesamowite doświadczenie. Tych zawodników było wielu, mógłbym wymieniać w nieskończoność. Gdy wyruszyłem za granicę to na pewno była ogromna zmiana środowiska i mentalności. W pierwszym hiszpańskim klubie, którym była Bidasoa Irun, panowała bardzo rodzinna atmosfera. Postrzeganie przynależności do klubu było dla mnie wtedy zupełnie nowym przeżyciem. Zarówno w Hiszpanii, jak i w Niemczech uczyłem się zawodowstwa, no i oczywiście kontaktów z mediami, które w Polsce pojawiały się sporadycznie, nie na taką skalę. Dodałbym inne metody treningowe, ale to były niewielkie różnice. Bundesliga zawsze miała wysoki status i zawodnik, który tam zaistniał był naprawdę dobrym graczem. Prestiż i poziom ligi przyciągał piłkarzy ręcznych.

Oprócz klubów występował Pan również w reprezentacji, ale nie tylko tej biało-czerwonej, ale także w zespole Niemiec. Co skłoniło Pana do zmiany barw?

To stało się w okresie, kiedy ja byłem w wieku dość podeszłym jak na sportowca. Nie grałem już w reprezentacji Polski, urodził się mój syn, nie wiedziałem jak wygląda moja przyszłość, zwłaszcza ta sportowa, bo jak mówię byłem emerytem. Otrzymałem drugie obywatelstwo i dostałem szansę reprezentowania Niemiec, z której postanowiłem skorzystać.

Gdy zakończył karierę sportową Pan zakończył, pozostał Pan w kontakcie z piłką ręczną w charakterze trenera. Gdzie pracowało się Panu lepiej w Polsce czy w Niemczech?

Nie mogę porównać, bo nie ma różnicy. Kwestią jest warsztat, podejście i identyfikacja, co jest aspektem indywidualnym, niezależnym od kraju. Nie wolno zapominać, że mówimy o grupie profesjonalistów, którzy doskonale wiedzą, co robią i dlaczego trenują. Nie można powiedzieć, że Polak, Niemiec, Hiszpan czy ktokolwiek inny jest lepszy bądź gorszy do pracy. Chodzi bardziej o wypracowane systemy, ale w dalszym ciągu jest to kwestia metody i jej realizacji. Różnice, które może mogłoby się dostrzec to możliwości dostępu do wiadomości i warsztatu pracy, ale to wszystko.

Czym musi wykazać się trener, żeby zapanować nad tak zróżnicowanymi graczami?

Po przemianach w Europie mobilność graczy zwiększyła się i zespoły stały się bardziej zróżnicowane pod względem obcokrajowców. Swoją drogą wielu Polaków także otrzymało możliwość grania w zagranicznych klubach. Z perspektywy trenera trzeba było stać się bardziej elastycznym, jeżeli chodzi o pracę i wypracowanie swoich schematów, bowiem zaczęło się mieć do czynienia z zawodnikami z różną mentalnością, z różnymi kulturami. Szkoleniowiec, który kocha to, co robi, poświęca swojej pracy dużo czasu i zaangażowania. Trener stara się zawodnikom uświadamiać w jakim statusie żyją i uczy, by szanowali swoją pracę. Trzeba mieć dużo empatii, ale i być asertywnym, a przede wszystkim trzeba potrafić budować zespół, drużynę, wyciągnąć odpowiednie cechy charakteru, które pozwolą na wspólne osiąganie sukcesów.

Oglądając poczynania naszej reprezentacji, jak Pan oceniłby formę?

Forma zespołu rysująca się na przestrzeni roku nie ma żadnego znaczenia. Dyspozycja na mistrzostwach świata wyglądała różnie, ale medal jest, więc zapisuję się to jako wielki sukces zespołu. Obecnie to się zupełnie nie liczy. Dniem kluczowym będzie ten, w którym Polacy zagrają swój pierwszy mecz i wtedy się wszystko okaże. Mam nadzieję, że dojdziemy do tego ostatniego spotkania, do finału. Jest to cel trudny, ale realny. Wszystko będzie też zależało od zdrowia i dyspozycji zawodnika w danym dniu. Chciałbym, żeby w styczniu szkoleniowcy mieli możliwość skorzystania ze wszystkich zawodników, których sobie powołają. Na razie wypadł Grzesiek Tkaczyk, zobaczymy jak będzie z Mariuszem Jurkiewiczem. Mimo to w pierwszym dniu wybiegnie na parkiet reprezentacja Polski i będą w stosunku do nich oczekiwania, a oni będą oczekiwali od samych siebie najwięcej.

Żeby osiągnąć, coś wielkiego najpierw trzeba przejść grupę, a tam czeka na nas między innymi Francja, która…

…nie ma znaczenia, ponieważ na mistrzostwa Europy nie przyjeżdża nikt słaby. Każda grupa do której się trafi jest na tyle dobra, że trzeba pokazać najwyższe umiejętności, żeby tych rywali pokonać. To jest okres przedolimpijski, więc każdy przygotowuje się najlepiej jak może, by wywalczyć awans. Będzie dużo roszad, ale ME są turniejem niewątpliwie trudnym. Na mistrzostwach świata jednak pojawia się trochę egzotyki, a na Euro nie, tu poziom jest wyrównany.

Jak wygląda zatem poziom naszej kadry?

Przez ostatnie lata poziom polskiej reprezentacji wzrósł od momentu, gdy z Danielem Waszkiewiczem przejmowaliśmy stery. Zdobywaliśmy medale mistrzostw świata, wygrywaliśmy turnieje, więc ta reprezentacja zmieniła się. Proszę zwrócić uwagę, że mamy już dość wiekową grupę reprezentantów, a to jest dobry element motywujący dla tych zawodników, którzy mają świadomość, że zbliża się koniec ich kariery. Może to nawet być ostatnia szansa. Wystarczy spojrzeć na Grześka Tkaczyka, w którego przypadku skończyło się dość dramatycznie. Jedyne co można zrobić, to życzyć powrotu do zdrowia i by jego przygoda jeszcze się nie skończyła.

Wytypowałby Pan pierwszą trójkę mistrzostw Europy?

Nigdy nie typuje takich rzeczy, ponieważ na takim turnieju bardzo dużo się dzieje, droga jest pełna niespodzianek. Nie można stwierdzić kto jest pewniakiem, a kto nie. To się okaże na turnieju. Poza tym typowaniem zajmą się kibice, którzy żyją tym sportem, a Euro będzie dla nich wielkim świętem. Zawodnicy i trenerzy będą bardziej skoncentrowani na tym, aby przygotowywać się z meczu na mecz i tak też powinno zostać. Cel musi jasno świecić w głowie, ale nie wolno zapominać o poszczególnych elementach, które ten cel przybliżają. Schody są wysokie i trzeba po kolei, stopień po stopniu, piąć się w górę, z szacunkiem do siebie i innych.

Rozmawiała: Monika Litwin