Strona główna | EHF Euro 2016 | Z cyklu “Poznaj ambasadora EHF EURO 2016”: Marcin Lijewski

Z cyklu “Poznaj ambasadora EHF EURO 2016”: Marcin Lijewski

 

MARCIN LIJEWSKI: Mistrzostwa Europy u siebie to wielka sprawa

Chciałbym mieć spokój – powiedział Marcin Lijewski, jeden z Ambasadorów EHF EURO 2016, wcielając się ponownie w rolę kadrowicza. Od zakończenia kariery reprezentacyjnej Szeryfa minęły 2 lata, ale to człowiek, którego nawet za pół wieku wszyscy będą pamiętać. Triumfator Ligi Mistrzów, członek srebrnej „Starej Gwardii” z 2007 roku i wybitny piłkarz ręczny, rozmawiał z nami o życiu, sukcesach i nadchodzącym Euro.

Monika Litwin: Jakie były początki w Ostrovii?

Marcin Lijewski: Bardzo fajne. Początek kariery jak wiadomo opiera się na zabawie i tak było w moim przypadku. Po szkole chodziłem na treningi i sprawiało mi to dużo radości, bo zawsze lubiłem coś robić, a nie tylko leniuchować. A potem przyszły myśli, że to może być również sposobem na życie.

A tata, Eugeniusz Lijewski, miał duży wpływ na wybór tej ścieżki?

Końcowa decyzja i tak należała do mnie, ale ojciec na pewno mnie ukierunkował. Przecież do pewnego momentu trenowałem koszykówkę i bardzo to lubiłem, a tata zawsze twierdził, że ja się w tym sporcie marnuję. Długo mnie namawiał, żebym spróbował swoich sił w dyscyplinie, którą on trenował i wysłał mnie na letni obóz. Dość szybko złapałem bakcyla, poznałem fajnych ludzi, a gdy wróciłem do domu, poszedłem do trenera koszykówki i podziękowałem za współpracę. Od tamtej pory postanowiłem zajmować na się poważnie piłką ręczą.

Mówi się o Bundeslidze, że za młodu jedzie się tam rozwijać, a na starość ucieka, ze względu na bardzo wyczerpujące przygotowania i mecze.

Muszę to potwierdzić. Tam się jedzie, żeby grać, rozwijać się i chłonąć ten cały świat piłki ręcznej na najwyższym poziomie. Ja od samego początku miałem z Bundesligą kontakt, ponieważ oglądaliśmy ją w domu i przy tym pierwszym kontakcie już wiedziałem, że to jest mój cel. Powiedziałem sobie, że będę pracował, trenował tak długo, aż osiągnę poziom, który pozwoli mi tam pojechać i skonfrontować się z najlepszymi. Niestety na stare lata piłkarza ręcznego liga zachodnia jest ciężkim kawałkiem chleba do sportowcy faktycznie uciekają. Nie tylko chodzi o obciążenia czysto sportowe, ale też o wyjazdy. Zdarzało mi się, że wchodziłem do domu, przepakowywałem torbę i znów wyjeżdżałem.

Ale mimo to nie rozczarował się Pan ligą zachodniego sąsiada?

Nie, absolutnie. Nigdy nie żałowałem swoich decyzji. Gdybym cofnął się w czasie i raz jeszcze miał pokierować swoją karierą, podjąłbym dokładnie te same kroki. Wielu wspaniałych piłkarzy ręcznych omija czy omijało Bundesligę, z tego względu, że na przykład w Hiszpanii nie pracuje się tak ciężko, że jest lepszy klimat i tego typu aspekty. Nigdy nie myślałem w ten sposób. Chciałem wyjechać do Bundesligi by grać z najlepszymi i być najlepszym. To był cel, do którego konsekwentnie starałem się dążyć.

Ciężka praca przełożyła się na wiele sukcesów, a mnie zastanawia czy do człowieka, który osiągnął wszystko przychodzi moment zniechęcenia i zdemotywowania?

Po pierwsze w życiu nie powiedziałbym, że osiągnąłem już wszystko. Prawdą jest, że odnosiłem dużo sukcesów, aczkolwiek nigdy nie czułem się syty, wciąż chciałem więcej. Niestety trafiłem na taką generację w zespole z Kilonii, że było nam okrutnie ciężko przerwać ich dominację. Nie hołdowałem nigdy zasadzie „jak nie możesz pokonać wroga to się do niego przyłącz”, zawsze starałem się zrobić wszystko, by ich pokonać. Czasami to wychodziło, ale na końcu i tak oni sięgali po trofeum. W ciągu dwunastu lat spędzonych zagranicą, tytuł zdobyłem tylko raz. Czy miałem taki moment? Tak, ale nie w Niemczech. Dosyć miałem grania w Bundeslidze, dlatego wróciłem do kraju. Ta chwila zniechęcenia i ostateczna decyzja o zakończeniu kariery przyszła z chwilą, gdy z Wybrzeżem Gdańsk spadliśmy z Superligi.

Te liczne sukcesy niewątpliwie wpływają na człowieka, na jego psychikę. Jak się bronił Pan przed zepsuciem?

Oprócz tego, że sam stoję twardo na ziemi, to mam w domu sierżanta pod postacią żony (śmiech). Ona zawsze, gdy tylko zaczynam odlatywać w chmury, brutalnie sprowadza mnie na ziemię. Woda sodowa nigdy mi nie groziła. Poza tym ten etap miałem już dawno za sobą, bo sodówka uderza do głowy raczej młodym chłopakom, którzy zaczynają odnosić jakieś małe sukcesiki. Potem człowiek uczy się już profesjonalizmu. W Niemczech przekonałem się na czym ten sport polega i jak ciężko trzeba pracować, żeby cokolwiek osiągnąć.

Które osiągnięcie uznałby Pan za najpiękniejsze, tak bez zastanowienia?

Są dwa takie momenty. Pierwszy to mecz półfinałowy z Duńczykami, wygrana i awans do finału mistrzostw świata. Ta chwila dlatego, że spełniło się moje marzenie, by zagrać w finale, ale też dlatego, że etap szarzyzny i przeciętności w polskiej piłce ręcznej został zamknięty. Drugim pięknym momentem było oczywiście zwycięstwo w Lidze Mistrzów z HSV.

O tamtą kadrę chciałam zapytać, byliście zgrana paczką nie tylko na boisku, ale i w życiu?

Zdecydowanie tak. Już wtedy byliśmy grupą przyjaciół, która spędziła ze sobą w przeszłości sporo czasu. Dzięki tej chemii pomiędzy nami, wyjazdy na kadrę powodowały jeszcze większe jednoczenie się grupy, a co za tym szło – sukcesy. Po 2007 staliśmy się sobie jeszcze bliżsi niż wcześniej. Miałem szczęście, że grałem w reprezentacji z tak wspaniałymi ludźmi.

Na tle tamtej ekipy, jak prezentuje się ta obecna?

To już trudno mi powiedzieć, ponieważ z tą kadrą nie mam kontaktu od dłuższego czasu. Trzon reprezentacji stanową chłopaki, którzy już wtedy wchodzili do zespołu. Dokładali swoje cegiełki do sukcesu, ale byli wtedy młodzi. Teraz to oni stanowią o sile polskiego zespołu, ustalają reguły. Ja się trzymam z boku i nie wiem jak wygląda hierarchia w drużynie.

Mówi Pan o sile reprezentacji. Jaka jest ta siła?

Na pewno bardzo mocnym punktem naszego zespołu jest Sławek Szmal. Kadra skupia się wokół tego człowieka i on jest motorem napędowym drużyny. Z resztą wystarczy spojrzeć, że gdy Kasa gra słabiej niż nas do tego przyzwyczaił, z reguły Polacy przegrywają. Obecne jednym z silniejszych elementów jest Michał Jurecki, który zmienił się przez ostatnie lata, zaczął patrzeć na granie w inny sposób, dojrzał. On jest jednym z liderów.

Liderzy są na boisku, ale na ławce trenerskiej tez powinni zasiadać. Pan współpracował z wieloma szkoleniowcami, więc co zawodnik ceni u trenera?

Modeli trenerów jest wiele, od liberalnych po kompletnych autokratów. Najważniejsze dla mnie jako zawodnika było to, by od trenera móc wyciągnąć coś dla siebie, nauczyć się czegoś. Muszę przyznać, że oprócz wybitnych fachowców, niestety pracowałem również z takimi ludźmi, od których nauczyłem się jak nie prowadzić zespołu i jak nie postępować z ludźmi, ale staram się o tym nie pamiętać.

W kontekście EURO 2016 mówi się sporo o oczekiwaniach wobec kadry. A właściwie jakie oczekiwania mają piłkarze ręczni wobec mediów, kibiców, organizatorów?

Mogę powiedzieć ze swojej strony, jak ja bym to widział, gdybym wciąż grał. Pierwsze czego bym oczekiwał od całego otoczenia to, żeby ludzie dali mi spokój. Nie chciałbym, żeby to było jak w przypadku siatkarzy, którzy niemalże wyskakiwali z telewizora na kanapę. Nie służy to zespołowi, tym bardziej, że ta promocja dotyczy tylko poszczególnych zawodników, a nie całej drużyny, a to nie jest dobre. No i co jest oczywiście ważne to zdrowie, bo mamy naprawdę świetną ekipę i w przypadku, gdy każdy będzie do dyspozycji, potencjał mamy ogromny. Oprócz tego istotne jest, by móc się w spokoju do tej imprezy przygotować. A na koniec przede wszystkim wsparcie kibiców.

Wsparcie kibiców jest aż tak istotne?

Powiem tak: granie takiej imprezy jak mistrzostwa Europy u siebie, to wielka sprawa. Moi niemieccy koledzy opowiadali mi po zwycięstwie nad nami w 2007 roku, że sportowo byli od nas gorsi, ale uczucie, że grają w domu, przed swoją publicznością, dawało im tyle sił, że nawet nie czuli się zmęczeni, tylko parli do przodu. To pokazuje jak ważną rolę odgrywają kibice.

Czyli ważne jest, żeby nie nakręcać za bardzo oczekiwań?

Dokładnie tak, to takie sztuczne dmuchanie balona jest nam zupełnie niepotrzebne. Potem taki przeciętny człowiek naogląda się w telewizji miliona wypowiedzi, reklam z piłkarzami ręcznymi i będzie myślał, że w styczniu nasi wyjdą na parkiet i jak po maśle przejdą do finału i odbiorą złoty medal. Tak nie jest, zwłaszcza w piłce ręcznej. Medialna otoczka z jednej strony nie jest mile widziana, a z drugiej jednak media promują ten sport. Trzeba to tylko zrównoważyć.

Oprócz Krakowa, w którym zagrają Polacy, które z miast ma szansę zgromadzić największą liczbę fanów?

Zdecydowanie Wrocław. Zresztą na dzień dzisiejszy biletów we Wrocławiu już nie ma, co zupełnie nie dziwi, bo grupa wrocławska jest bardzo ciekawa. Tam z pewnością będą bardzo zacięte mecze, a turniej będzie się prezentował na bardzo wysokim poziomie. Gdańsk i Katowice też mają fajne drużyny, więc myślę, że i tam będzie na co popatrzeć, ale najciekawiej zdecydowanie we Wrocławiu.

A tę polską grupę jak Pan widzi?

W Krakowie kibice z pewnością nie zawiodą (śmiech). Nie dość, że grają tam Polacy, to oprócz nich także mistrzowie świata i Europy, Francuzi. Do tego dochodzi Serbia, która zawsze jest niewygodna i niebezpieczna oraz groźni Macedończycy, za którymi wiecznie jeżdżą chmary szalonych fanów, więc każdy mecz z nimi stanowi niezłe widowisko.

Pan, którą z drużyn na mistrzostwach uważa za najciekawszą i najsilniejszą?

Jestem Polakiem i duma narodowa podpowiada mi, że Polacy. Pomijając jednak naszą reprezentację, muszę przyznać, że podoba mi się Dania. Już od kilku lat, jak obserwuje piłkę ręczną, grają bardzo dobrze, konsekwentnie. Natomiast jest jeszcze jeden zespół, na który zwróciłbym uwagę. Mam na myśli Norwegów, o których może nie słychać, ale tam trenerem jest mój kolega Christian Berge, który robi kawał dobrej roboty. Wydaje mi się, że ten turniej w jakimś stopniu może być przełomowy dla reprezentacji Norwegii.

Rozmawiała: Monika Litwin