Strona główna | Europejskie Puchary | Koniec przygody z Ligą Mistrzów

Koniec przygody z Ligą Mistrzów

 

Zakończyła się tegoroczna przygoda polskich drużyn z Ligą Mistrzów. Orlen Wisła Płock dwukrotnie uległa niemieckiemu THW Kiel, natomiast Vive Targi Kielce nie zdołało utrzymać jednobramkowej zaliczki z pierwszego spotkania, przegrywając na wyjeździe trzema golami ze słoweńskim RK Cimos Koper.

W tym sezonie LM Kielczanie gościli m.in. Atletico Madryt /Fot. Patryk Ptak

Minimalna zaliczka kielczan

Pierwsze spotkanie pomiędzy kieleckim Vive Targi, a RK Cimos Koper dostarczyło wielu emocji. Wszyscy liczyli na to, że Polacy wypracują przewagę i do Słowenii pojadą przypieczętować awans. Pierwsze minuty mogły napawać optymizmem, gdyż gospodarze zaczęli wyśmienicie. Skuteczne interwencje wracającego do wysokiej formy Sławomira Szmala (22 obrony w całym meczu) uskrzydliły kielczan, którzy wyszli na pięć bramek przewagi (13:8; 24’). Warto zaznaczyć, że goście dopiero w 20. minucie zdobyli pierwsze trafienie z ataku pozycyjnego. Wicemistrzom Polski we znaki dawała się tylko dwójka zawodników: Matjaž Brumen oraz Sebastian Skube. Niestety taki wynik uśpił podopiecznych Bogdana Wenty, którzy rozluźnili się i seryjnie popełniali proste błędy. Do wspomnianego duetu gości dołączył Uroš Rapotec i po trzydziestu minutach na tablicy w Hali Legionów widniało 13:12. – Przestaliśmy grać zespołowo, błąd leciał za błędem, nawet nie było kiedy zrobić zmiany – denerwował się szkoleniowiec Vive.

Na początku drugiej połowy skuteczni byli Grzegorz Tkaczyk oraz Željko Musa, co pozwoliło zawodnikom Vive utrzymywać przewagę (16:14; 34’). Wtedy to po raz drugi Słoweńcy wzięli się do pracy i wyszli na pierwsze w tym meczu prowadzenie. Defensywa wicemistrzów Polski nie była już tak szczelna, gospodarze nie zachwycali również w ataku, natomiast Cimos cierpliwie szukał dziur w obronie rywala i miejsca na przedarcie się, by zdobyć kolejne bramki. Szczypiorniści ze świętokrzyskiego obudzili się dopiero na trzy minuty przed końcem, kiedy to Denis Buntić doprowadził do remisu (25:25). Dzięki trafieniom Tomasza Rosińskiego i Grzegorza Tkaczyka kielczanie wyszli na prowadzenie, a całe spotkanie zakończyło się minimalną zaliczką Polaków (27:26).   

– Na początku uzyskaliśmy przewagę, ale nagle zaczęliśmy grać za mało zespołowo. Z przebiegu drugiej połowy możemy być zadowoleni, ale tylko z tego, że wygraliśmy. Po tym spotkaniu mamy dużo pytań, na które w najbliższym czasie musimy znaleźć odpowiedzi. Jedna bramka to prawie żadna przewaga – mówił po spotkaniu trener Vive, Bogdan Wenta.

Stracona szansa Vive

Szczypiorniści Vive stali przed szansą na historyczny awans do czołowej ósemki. Do Słowenii jechali z minimalną zaliczką, jednak każdy wierzył, że wicemistrzowie Polski są w stanie zagrać lepiej niż w pierwszym spotkaniu.

Początek meczu mógł zapowiadać dobrą grę Polaków i kontrolowanie przez nich wydarzeń na parkiecie. Po udanych akcjach Thorira Olafssona kielczanie prowadzili 4:1 i zmuszali rywali do kurczowej obrony. Z czasem gospodarze zaczęli jednak odrabiać straty, a pierwsze skrzypce grał Matjaž Brumen (9 bramek w całym spotkaniu). W zespole Bogdana Wenty bardzo dobrze funkcjonował kontratak, a wszystko to było zasługą kapitalnie broniącego Sławomira Szmala. Toczyła się wyrównana walka „bramka za bramkę”, jednak można było odnieść wrażenie, że to goście dyktują warunki. Niestety w szeregi kielczan wdarło się nieporozumienie, którego efektem był remis (12:12). Bramkę dorzucił Rastko Stojković i to Vive schodziło do szatni z minimalnym, jednobramkowym prowadzeniem.

Druga połowa, to już nieco inna, gorsza gra polskiego zespołu. Dla obu drużyn zdobycie bramki stało się problemem, ale w dalszym ciągu utrzymywała się nieznaczna przewaga gości. Słoweńcy odskoczyli w momencie, kiedy Grzegorz Tkaczyk popełnił cztery kolejne błędy. Wtedy też z wyniku 17:14 dla Vive zrobił się remis (17:17; 43’). Rywale znakomicie wykorzystywali błędy gości i przejęli inicjatywę. W 47. minucie Sebastian Skube dał gospodarzom pierwsze prowadzenie (19:18). Tę walkę z czasem lepiej rozegrali podopieczni Radojkovića, dzięki czemu utrzymywali wypracowaną przewagę. Przy stanie 24:23 trzecią dwuminutową karę i w konsekwencji czerwoną kartkę, otrzymał Tkaczyk więc pewne już było, że Vive będzie miało duże problemy, by awansować do najlepszej ósemki. Ostatecznie kielczanie przegrali 23:25 i żegnają się z Ligą Mistrzów.

Szansa na awans była spora, tym bardziej że kielczanie cieszyli się z wylosowania Słoweńców twierdząc, że jest to teoretycznie najsłabszy z możliwych przeciwników. Niestety parkiet zweryfikował obecną sytuację, a szczypiorniści Vive nie wykorzystali swojej okazji.

Do Płocka przyjechało zaś HSV Hamburg /Fot. Dominik Dziecinny 

Płocczanie najlepiej w historii

Orlen Wisła Płock po raz pierwszy w historii zapewniła sobie awans do najlepszej szesnastki Ligi Mistrzów. Zadanie było jednak niebywale trudne, gdyż los przydzielił im niemieckie THW Kiel – drużynę, która jest jednym z faworytów do zwycięstwa w tegorocznej edycji tych elitarnych rozgrywek.

Świetna pierwsza połowa oraz gorsza dyspozycja w drugiej części meczu – tak można opisać postawę Wisły w pierwszym spotkaniu 1/8 LM. „Nafciarze” ulegli 24:36, jednak pozostawili po sobie dobre wrażenie.

Początek pierwszego spotkania to popis mistrzów Polski, którzy w 5. minucie prowadzili 3:1. „Nafciarze” grali jak w transie – widać było ogromną mobilizację, chęć pokazania się z jak najlepszej strony i udowodnienia, że wicemistrzowi Niemiec można się przeciwstawić, powalczyć o korzystny rezultat. W ich grze zdarzały się niecelne rzuty, jednak dobra postawa Marcina Wicharego pozwoliła na utrzymanie przewagi. Dopiero w 16. minucie Christian Sprenger wyprowadził THW na pierwsze w tym meczu prowadzenie (7:8). Kolejne minuty były niezwykle wyrównane, a pierwsze trzydzieści minut zakończyły dwie bramki Arona Palmarssona (12:14).

Zupełnie inaczej rozpoczęła się druga część spotkania. Kapitalne interwencje Andreasa Palicki, kontrataki Dominika Kleina i po chwili „Zebry” były już na pięciobramkowym prowadzeniu (12:17; 32’). Pierwszą bramkę dla Wisły w drugiej połowie, i to przy grze w osłabieniu, zdobył dopiero w 34. minucie, Christian Spanne (13:18). Niestety płocczanie nie radzili już sobie tak dobrze, jak na początku spotkania. Wicemistrzowie Niemiec przejęli inicjatywę i nie mieli najmniejszych problemów zarówno z powstrzymaniem ataków Wisły, jak i ze zdobyciem kolejnych bramek.

Kłopoty mistrzów Polski nie miały końca. We znaki dawała się niezwykle aktywna defensywa szczypiornistów z Niemiec oraz ich zabójcze kontrataki. Na szczęście dla „Nafciarzy” skuteczne interwencje na swoje konto zapisywał Marcin Wichary. W innym wypadku różnica byłaby jeszcze większa. Mecz zakończył się dwunastoma bramkami przewagi podopiecznych Gislasona i pewne już było, że w rewanżu płocczanie będą walczyć o honorowe pożegnanie się z europejskimi rozgrywkami.

Rewanż bez większych emocji

W drugim spotkaniu Wisły Płock i THW Kiel, ponownie lepsi okazali się Niemcy, którzy tym razem kontrolowali spotkanie już od pierwszych minut. Mistrzowie Polski, po dobrej grze w drugiej połowie, mieli szansę na korzystny rezultat, jednak górą byli gospodarze, którzy wygrali 27:24. Najskuteczniejszym zawodnikiem w drużynie Larsa Walthera był Michał Kubisztal, autor siedmiu bramek.

Szczypiorniści THW nie pozwolili na powtórkę z pierwszego spotkania i po ośmiu minutach prowadzili już 4:2. O pechu mógł mówić Adam Wiśniewski, trafiający kolejno w poprzeczkę i słupek. Mnożyły się błędy obu drużyn, jednak to gospodarze kontrolowali przebieg wydarzeń na parkiecie i z akcji na akcję zwiększali dystans, który w 21. minucie wynosił już 10:5. Płocczanie nie radzili sobie nawet w bardzo korzystnych sytuacjach, jak chociażby kontratak Christiana Spanne, którego powstrzymał Omeyer. Defensywa mistrzów Polski również nie wyglądała najlepiej i THW nie miało większych problemów z pokonaniem płockiego bramkarza.

Druga połowa niewiele różniła się od pierwszej części spotkania. Dobrze w szeregach Wisły spisywał się Michał Kubisztal, który w pierwszym meczu nie rzucił żadnej bramki i płocczanie zdołali dojść rywala na trzy trafienia (18:15; 37’). Ze względu na spokojną grę gospodarzy obraz gry zmieniał się jak w kalejdoskopie. Gdy płocczanie zbliżali się do rywala, ten natychmiast wrzucał wyższy bieg i budował przewagę.

Podopieczni Gislasona zaczęli jednak popełniać błędy, oddawać niecelne rzuty, a efektem gorszej gry gospodarzy była zmiana rezultatu na 24:22. Okazję na zdobycie bramki kontaktowej miał Luka Dobelšek, jednak po błędzie i trafieniu z karnego Filipa Jichy THW po raz kolejny odskoczyło. W ostatnich akcjach płocczanie mieli jeszcze okazję na choćby remis, ale skutecznymi interwencjami popisywał się Palicka.

Przygoda płocczan w Lidze Mistrzów dobiegła końca. Po dobrej fazie grupowej i pierwszym w historii klubu awansie do TOP16, mistrzowie Polski odpadli z drużyną naszpikowaną gwiazdami. Z góry byli skazani na przegraną, jednak walczyli i pokazali charakter. – W pierwszym meczu mieliśmy dobrych tylko trzydzieści minut, potem zaczęły się problemy. W rewanżu było już dużo lepiej, może dlatego, że ta presja na nas była mniejsza. Jestem dumny z mojego zespołu, bo zagrał bez bojaźni, a nadmierny respekt przed THW Kiel zostawiliśmy w szatni. Chcieliśmy po dzisiejszym spotkaniu móc spojrzeć w lustro z myślą, że daliśmy z siebie wszystko. Myślę, że możemy to zrobić – podsumował szkoleniowiec Wisły, Lars Walther. Pozostaje więc liczyć, że zdobyte doświadczenie zaprocentuje w przyszłości.

Dla www.zprp.pl Piotr Czajkowski