Strona główna | ZPRP | ‘Polskie’ MŚ 2011 w pigułce

‘Polskie’ MŚ 2011 w pigułce

 

Po sukcesach polskiej reprezentacji na poprzednich turniejach o Mistrzostwo Świata, wielu kibiców piłki ręcznej marzyło o powtórzeniu medalowego wyniku także podczas XXII czempionatu globu, który w dniach 13 – 30 stycznia 2011 odbył się w Szwecji. Niestety tym razem Biało-czerwoni uplasowali się na ósmej pozycji, a wynik ten nie satysfakcjonuje ani samych zawodników ani fanów, którzy tak dzielnie wspierali podopiecznych Bogdana Wenty.

/Fot. Marek Biczyk 

Już po Turnieju Noworocznym w Gdyni optymizm kibiców nieco zmalał, jednak każdy trwał z przekonaniu, iż był to tylko turniej towarzyski, że nie odkryliśmy wszystkich kart. Słowa naszych reprezentantów i sztabu o celu, jakim jest wywalczenie awansu na igrzyska, brano jako zasłonę dymną. Problemy naszej reprezentacji ukazało już pierwsze spotkanie ze Słowacją, z którą zmierzyliśmy się tydzień wcześniej w na Pomorzu. Co prawda pokonaliśmy naszych sąsiadów 35:32 lecz w końcówce straciliśmy przewagę pięciu bramek i dopiero w ostatniej minucie zapewniliśmy sobie zwycięstwo. Mecz był nerwowy, ale najważniejsze były zdobyte punkty i perspektywa lepszej postawy w kolejnych meczach.

Drugie spotkanie, z Argentyną, również nie należało do łatwych. Wygraliśmy je najmniejszą możliwą różnicą bramkową – 24:23. Kłopotów przysporzyła nam wysoka obrona rywali z Ameryki Południowej. Przez większą część spotkania, to Polacy kontrolowali grę i wynik. Na osiemnaście minut przed końcem mieliśmy sześć bramek przewagi i wtedy to Biało-czerwoni popadli w dziwną niemoc. Po meczu każdy powtarzał, że ważne są dwa punkty, jednocześnie zwracają uwagę na to, że trzeba poprawić grę, bo w dalszej fazie imprezy próżno już szukać słabych zespołów.

Do problemów naszej reprezentacji, doszedł kolejny – kontuzja prawej, rzucającej ręki Michała Jureckiego. Zawodnik musiał wrócić do Polski i przejść operację. W jego miejsce do Szwecji przyleciał Piotr Grabarczyk, który pojawił się w wyjściowym składzie już na spotkanie z Chile tego samego dnia. Mecz z brązowymi medalistami mistrzostw strefy panamerykańskiej Polacy pewnie wygrali, a kolejnym przeciwnikiem była reprezentacja Korei Południowej. Zwycięstwo różnicą pięciu bramek z zawsze wymagającym przeciwnikiem napawało optymizmem, wielu miało nadzieję, że dopiero teraz tak naprawdę rozpoczął się turniej.

/Fot. Marek Biczyk 

Następnym rywalem Biało-czerwonych byli gospodarze MŚ. Spotkanie ze Szwecją miało być sprawdzianem dla naszych reprezentantów. Kolejne dwa punkty, przybliżyłyby naszą drużynę do półfinału. W zasadzie pewne bowiem było, że szwedzka reprezentacja również awansuje do drugiej rundy. Niestety nasz zespół uległ zawodnikom Trzech Koron. Polacy popełniali zbyt dużo niewymuszonych błędów, prostych strat. Wszyscy byli pod wrażeniem gry Sławomira Szmala, ale jego koledzy nie zaprezentowali już tak wybornej formy. Wyniki w innych grupach pokazywały, że stawka drużyn przed fazą zasadniczą turnieju się wyrównuje.

Na jej początek zmierzyliśmy się z Danią, a następnie z Serbią oraz Chorwacją. Reprezentacja Danii przeszła przez rundę wstępna jak burza. Trener Duńczyków Ulrik Wilbek twierdził nawet, że jego podopieczni grają lepiej niż potrafią. Spotkanie to miało bardzo duże znaczenie dla obu ekip, zwycięzca w zasadzie torował sobie drogę do półfinałów. Nasi reprezentanci sami utrudnili sobie zadanie, przegrywając pierwszą połowę aż 9:15. Druga część spotkania, to już zupełnie inna gra naszej drużyny. Nie udało się jednak odrobić wszystkich strat i ostatecznie podopieczni Bogdana Wenty przegrali jedną bramką. Wciąż jednak zachowywali szansę na walkę o medale.

/Fot. Marek Biczyk

Nadzieję tę zaprzepaściła Szwecja, która pokonała Chorwację. Mecz z Serbią był więc spotkaniem, który miał przybliżyć nas do trzeciego miejsca w grupie. Wygraliśmy, ale scenariusz wciąż pozostawał bez zmian. Kłopoty w pierwszej połowie i odrabianie strat w drugiej.

O trzecie miejsce w grupie walczyliśmy z Chorwatami, którzy również nie mieli już szans na grę w półfinale. Po dobrym początku, gra naszych reprezentantów zacięła się, co pozwoliło odskoczyć graczom Slavko Goluzy na kilka bramek różnicy. Przewagę tę utrzymywali już do końca, choć były duże szanse na jej odrobienie. Zbyt dużo było indywidualnych zagrań, strat, zawodnicy zaczęli też chyba odczuwać trudy tych mistrzostw.

Potyczka o siódmą lokatę była ostatnią szansą na pokazanie się z lepszej strony oraz uzyskanie prawa do gry w turnieju kwalifikacyjnym do Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Na drodze stała reprezentacja Węgier, z którą w Turnieju Noworocznym w Gdyni zremisowaliśmy po 31. Były duże szanse na zwycięstwo, jednak 14 minut bez trafienia do bramki rywala ostatecznie je pogrzebało. Nie udała się próba odrobienia strat i po końcowym gwizdku, na tablicy widniał wynik 31:28 dla Węgrów.

/Fot. Marek Biczyk 

Tym samym zajęliśmy ósme miejsce. Miejsce, które może być traktowane jako rozczarowanie. W końcu nie takie były założenia i oczekiwania kibiców wobec naszych Orłów. Nikt z reprezentantów, ze sztabu kadry, nie potrafi na gorąco podać przyczyn tego wyniku. Przyznać trzeba, że do końcowego rezultatu i sukcesu, potrzebne jest również szczęście. Kto wie jak potoczyłyby się te mistrzostwa, gdyby nie wygrana Szwedów nad Chorwatami. Może wtedy nasi reprezentanci znaleźliby więcej motywacji i ostatnie spotkanie drugiej rundy decydowałoby o awansie do półfinału. Pamiętamy wszyscy poprzednie mistrzostwa świata, odbywające się w Chorwacji. Polacy znajdowali się w jeszcze gorszej sytuacji, a do półfinału potrzebne były korzystne wyniki innych spotkań. Szczęście uśmiechnęło się do nas i w ostateczności zdobyliśmy brązowy medal. Tym razem tego szczęścia zabrakło. Z drugiej strony nie można oglądać się na grę innych, a skupić się tylko na sobie.

Co przyniosą najbliższe tygodnie? Tego nie wie nikt. Pewne jest, że osoby ze środowiska reprezentacji muszą usiąść i poważnie porozmawiać, przeanalizować grę na turnieju. My, środowisko piłki ręcznej, kibice, powinniśmy wspierać tę drużynę i być przy niej na dobre i na złe. Nie tylko wtedy, gdy zdobywają medale lecz również w sytuacji kryzysu. Pokażmy, że nie jesteśmy kibicami sukcesu i wierzmy, że tę ekipę stać jeszcze na odnoszenie wyników, przynoszenie nam wielkich emocji i dumy. Nie raz już pokazali, że potrafią walczyć i bić się z najlepszymi. Jak wiemy w sporcie wszystko jest możliwe i nie zawsze się wygrywa. Szczególnie w sportach drużynowych, gdzie o wyniku nie decyduje jedna osoba, a kilkunastu zgranych ze sobą i świetnie się rozumiejących zawodników.

Dla zprp.pl Piotr Czajkowski (autor jest redaktorem portalu Handball-Polska.pl)