Strona główna | ZPRP | Każdy mecz był finałem

Każdy mecz był finałem

 

Osiem finałów , ostra walka, radość, łzy i rozczarowanie – tak w skrócie wyglądały dla reprezentacji Polski mistrzostwa Europy w piłce ręcznej. W rozmowie z "Wirtualną Polską", Bogdan Wenta wrócił do niedawnych wydarzeń z Austrii.

Trener Bogdan Wenta /Fot. Marek Biczyk

Każdy mecz na mistrzostwach Europy był małym finałem. Potwierdziła to już konfrontacja z Niemcami, po której o mało, co nie doszło do rękoczynów.

Poszło o pewne niecenzuralne słowa pod adresem chłopaków. Takie rzeczy nie powinny się zdarzać – tym bardziej, że grasz z sobą w jednym klubie, albo walczysz ze sobą na co dzień. Wiemy jak są traktowane mecze z Niemcami, jak powiązane i oddalone kulturowo są od siebie obydwa kraje. Sytuacja niepotrzebnie się zaogniła.

Ale później przyszła rozmowa w hotelu i wszystko zostało wyjaśnione.

Jeżeli grasz ze sobą na co dzień, albo większość gra ze sobą w jednym klubie, to nie ma problemu. To był dość szczególny mecz, byliśmy sportowymi wrogami. Problem polega na tym, że inni zawodnicy niemieccy potrafili się normalnie zachować a jeden nie, ubliżając w narodowy sposób. Tego się nie robi – padły słowa prowokujące i dobrze, że nic się nie stało.

Drugim finałem był mecz ze Szwecją i rewanż za eliminacje.

To już był dla nas trudny mecz. My mieliśmy za sobą zwycięski mecz, a Szwedzi nieszczęśliwie przegrali ze Słowenią i wiedzieliśmy, że na nas ruszą. Dzięki dobrej grze w drugiej połowie mogliśmy się cieszyć ze zwycięstwa.

Po Szwecji pierwszy horror – ze Słowenią. Remis wywalczony w końcówce.

I pierwsze historie z arbitrami, ale myślę, że to nie jest do końca usprawiedliwienie. Słoweńcy byli na fali zwycięstwa ze Szwedami, na fali remisu z Niemcami i to był mecz o pierwsze miejsce. Mecz, który skończył się dla nas szczęśliwie.

Zanim się jednak skończył, zaiskrzyło na ławce rezerwowych…

Ktoś ze słoweńskiej ławki użył pewnego sformułowania po niemiecku w stosunku do mojej osoby, więc mu powiedziałem, że po meczu możemy się spotkać i załatwić to w męski sposób. Ale po meczu w hotelu trener Słoweńców Noka Serdarusić podszedł do mnie i powiedział: zostaw to, ja to załatwię. Porozmawialiśmy jak człowiek z człowiekiem i skończyło się na zwykłym wypiciu piwa. W sporcie dzieją się różne rzeczy, to była analogiczna sytuacja do tej z meczu z Niemcami z tą różnicą, że był to osobisty "wyjazd" i dlatego zareagowałem w taki sposób. Może niepotrzebnie, ale każdy ma swój charakter. Broniłem swojego – swoich chłopaków, swoich barw.

W meczu z Hiszpanią horroru nie było, był za to koncert gry biało-czerwonych.

Siedział nam w głowach ten przegrany mecz z Pekinu. Mecz, który mieliśmy wygrany, ale sami go sobie wtedy skomplikowaliśmy i chcieliśmy coś udowodnić. Hiszpania była niewygodnym przeciwnikiem, ale my rozwiązaliśmy bardzo dobrze grę szczególnie przeciwko obronie Hiszpanów.

Z Czechami już tak różowo nie było. Były za to nerwy.

Czesi mieli przed tym meczem analogiczną sytuację do tej, jaką my mieliśmy w Chorwacji. Mieli szansę na półfinał i ten mecz był dla nich o wszystko. W drugiej połowie mogliśmy odskoczyć na cztery bramki, ale nie trafiliśmy i znów sobie skomplikowaliśmy sytuację. Dzięki kilku interwencjom bramkarza i błędom Filipa Jichy, który oddał na dwie piłki mogliśmy się cieszyć z upragnionego finału.

W końcówce Bogdan Wenta krzyczał: Jak zostanie 3-4 sekundy to wyp…. piłkę w trybun i … 

Przed rozmową z chłopakami podszedłem do sędziów – tych norweskich… i spytałem, czy będą sygnalizować grę pasywną. Odpowiedzieli, że nie. Dlatego byłem zaskoczony, gdy przy pierwszym podaniu po wznowieniu podnieśli w górę ręce. W tym momencie ruszył Michał Jurecki i – chociaż może nie powinien rzucać w kierunku bramki – skończyło się szczęśliwie.

I Francuzi.

Powinniśmy byli z nimi wygrać. Może to zabrzmi dziwnie, ale w tym meczu to Francuzi musieli grać o wszystko. My mieliśmy pewien luz.

A może za dużo było tego luzu?

Mieliśmy około 16 pozycji czystych przed Omeyerem, ale on nas sprowadził na ziemię. To był w ogóle paradoksalny mecz – wygrywając mogliśmy stracić awans na MŚ, a przegrywając go zyskać. Była realna szansa pokonać Francuzów i wolałbym ten mecz wygrać. Po zwycięstwie nad nami Francuzi zyskali pewność, której nie stracili do końca.

Mimo porażki z Francją pozbieraliście się i zagraliście świetną połowę z Chorwacją.

W pierwszej połowie sędziowie nie pozwolili nam odskoczyć. Przy prowadzeniu 2 bramkami mieliśmy dobre sytuacje, który zostały odgwizdane inaczej niż powinny. W drugiej połowie przy wyrównanej grze lekkie "popchnięcie" dodawało skrzydeł – zabrana piłka, nieuznana bramka Karola Bieleckiego odgwizdana, jako kroki.

W tym meczu szalał pan przy ławce rezerwowych, często wymieniał pan uwagi z Chorwatami na przykład z Ivano Baliciem.

To spokojne rozmowy były.

Ale z Ivanem Cupiciem już tak spokojnie nie było.

W nerwach można coś powiedzieć do zawodnika, ale ja nie mam do niego pretensji. Może odrzucił piłkę instynktownie. Nie mam pretensji do Cupicia, do Lino Cervara, bo to jest sport. Być może któryś z naszych zawodników zachowałby się podobnie. Ale jeśli się taki sytuacje się toleruje, a przecież są ludzie odpowiedzialni za to, co dzieje się na boisku, to już inna sprawa. Najbardziej bolało mnie, że ta korelacja przychylnych i nieprzychylnych decyzji – i nie chodzi tylko o sytuację w końcówce, ale w całym meczu – była zbyt rozbieżna i dlatego zdecydowałem się głośno o tym powiedzieć.

Nie tylko pan. Komunikaty do EHF-u słali kibice.

To cieszy, że kibice byli z nami. Ja zareagowałem troszkę spokojniej – nikogo nie wytknąłem palcem. W mojej głowie wolę sobie pozostawić myśl, że to był ludzki błąd. Nawet, jeśli był nieprzychylny dla nas. W ten sposób łatwiej mi będzie z tym żyć i dalej pracować. Z drugiej strony teksty, które za kulisami docierały do nas od różnych osób, począwszy od władz EHF-u, zastanawiały mnie, czemu istnieje temat tabu. Teoretycznie wszyscy o tym mówili, ale nikt głośno tematu nie poruszał – to nas najbardziej bolało. Nikt z nas nie potrzebował i nie potrzebuje litości, bo nie o to chodzi w tym sporcie. Po tylu latach w tym sporcie wiemy już, kiedy wygrywamy, a kiedy przegrywamy. Wiemy, kiedy wygrywamy naprawdę i kiedy przegrywamy naprawdę.

Po tej porażce trudno się było pozbierać na mecz ze Islandią.

Mobilizowaliśmy się – nawet nie oglądaliśmy tego meczu z Chorwacją, bo uważam, że to było niepotrzebne. Przespaliśmy pierwszą połowę, chyba myślami byliśmy jeszcze gdzieś w półfinale. W szatni sobie pogadaliśmy i okazało się po przerwie, że można, ale gdy przyszedł ten newralgiczny moment, bo mieliśmy ich na widelcu, znowu czegoś zabrakło i skończyły się nasze marzenia.

Mimo że nie zdobyliście medalu, zyskaliście szacunek kibiców. Może ze względu na ambicje, które w was drzemią – osiągnęliście najlepszy rezultat na ME, a Sławek Szmal ze łzami w oczach mówił, że przegraliście walkę o medal.

Osiągnęliśmy jakiś cel, pierwszy raz zagramy na MŚ bez kwalifikacji, bez tych męczarni, po tej lidze, kiedy wszystkich wszystko boli i musisz się zmusić jeszcze ten jeden raz. Mamy to z głowy, ale z drugiej strony graliśmy o medale – po to tam pojechaliśmy! Każdy mecz był finałem, zaszliśmy tak wysoko i w najważniejszym momencie straciliśmy to, co było bardzo blisko. O czwartych miejscach się nie mówi, dlatego zaskoczyła nas reakcja kibiców. Tego nikt się nie spodziewał, co było widać po naszych twarzach – było ogromne wzruszenie, bo jeszcze raz te rany otworzyły się.

Co trzeba zrobić, żeby tych Francuzów i Chorwatów pokonać? Byliśmy przecież tak blisko.

W trakcie turnieju rozmawiałem z wieloma trenerami – między innymi z Valero Riverą moim byłym trenerem i przyjacielem z Barcelony, ze Stefanem Lovgrenem. Byli tego samego zdania, że naszą gwiazdą jest zespół. Mimo że mamy kilku wybijających się zawodników, to naszą siłą jest grupa. Jeżeli ta grupa będzie funkcjonować, to uważam, że możemy ich ograć.

Mówi pan o grupie, a w niej jest kilku wiekowych zawodników. Ma pan na oku ich następców?

Nie chcę rzucać nazwiskami. Miejmy nadzieję, że nie będzie przepaści. Na pewno kilku zawodników trudno będzie zastąpić. Powtórzę może to, co kiedyś mówił Noka Serdarusić: nieważne czy jesteś młody, czy stary, biały, czy czarny – najważniejsze, jaki poziom prezentujesz. To jest decydujące. Francuzi na igrzyskach byli najstarszym zespołem i teraz chyba też. Jest to chyba pozytywny przykład, że nie dla wszystkich kończy się czas w kadrze. Kwestią jest stan fizyczny, psychiczny i podejście. Widział pan nasz mecz ligowy i gdybym miał mi pan kogoś polecić do kadry z drużyny przeciwnej, to chyba miałby pan problem. Będziemy szukać nowych ludzi, bo zegar biologiczny tyka dla każdego. Nie ma ludzi niezastąpionych, nawet trenerów. Ta grupa pokazała jednak, że godne reprezentowanie kraju jest bardzo istotne i myślę, że otrzymaliśmy za to medal w postaci podziękowania od kibiców.

Zyskaliście szacunek kibiców – chyba nawet większy niż piłkarze nożni.

Futbol ma tę przewagę, że stoją zanim miliony osób na całym świecie. My mamy dużo mniejsze środowisko. Patrząc z boku, jako trener i były zawodnik uważam, że w naszym futbolu zapomniano o sednie sportu – czasami nie ważne jak grasz, a najważniejsze, że zostawiasz serce na boisku. Może umiejętności nie ci pozwolą na to, aby sprostać najlepszym, ale charakter jest bardzo istotny. Można się przyczepić do naszej gry – wolniejszej, szybszej, nieskutecznej – ale pewnych rzeczy nie można nam zarzucić. To jest to, za co chłopakom serdecznie dziękuję – nawet, jeśli przegrywamy.