Strona główna | ZPRP | “Nawet upaść nie umiałem”

“Nawet upaść nie umiałem”

 

Mariusz Jurasik, czołowy prawoskrzydłowy piłkarz ręczny na świecie, kiedyś nie miał pojęcia o grze na tej pozycji. "Przez parę miesięcy ze skrzydła nie rzuciłem żadnej bramki, a gdy w 1996 roku trafiłem do Kielc, to nie potrafiłem nawet odpowiednio upaść na boisko" – powiedział wielokrotny reprezentant Polski.

W niedzielnym meczu drugiej fazy turnieju finałowego mistrzostw Europy z Hiszpanią Jurasik był wyróżniającym się zawodnikiem polskiej drużyny. Zdobył pięć goli i walnie przyczynił się do zwycięstwa 32:26, które mocno zbliżyło biało-czerwonych do awansu do półfinału. Gracz Vive Targi Kielce ma w dorobku dwa medale MŚ oraz występ w igrzyskach olimpijskich w Pekinie.

Czym się różniły wcześniejsze wielkie turnieje z pana udziałem od imprezy w Austrii?

Mariusz Jurasik: Mam porównanie z mistrzostwami świata czy olimpiadą i na pewno ta impreza jest najcięższą, w jakiej można uczestniczyć. Może to trochę dziwnie brzmi, ale tak jest, ponieważ zespoły europejskie są najsilniejsze.

– Czy organizacyjnie Austriacy podołali zadaniu?

– Organizacyjnie jest na pewno wiele lepiej niż to było np. dwa lata temu w Norwegii. Widać to nawet po frekwencji. Tam jak byliśmy w mieście, gdzie niby żyje największa Polonia (Stavanger – PAP), to nikt nie wiedział, że są w ogóle jakieś mistrzostwa. Nie było ani jednego plakatu. Tu widać, że zainteresowanie jest zupełnie inne. Jeśli chodzi o bazę hotelową, to na razie wszystko jest OK. Autokar jest na czas, jedzenie jest na czas i to dobre. Na razie nic złego nie można powiedzieć o organizatorach.

– Czy decyzja o powrocie z Niemiec do kraju w zeszłym roku była nagła czy planowana?

– Raczej dojrzewała we mnie od paru miesięcy. W planach miałem zostać jeszcze rok w Niemczech. To był taki czas, kiedy mój syn skończyłby sześć lat i potem poszedłby do szkoły, a chciałem żeby zaczął ją w Polsce. Gdyby zaczął w Niemczech, to musiałby ją tam skończyć. Nie chciałem mu mieszać w głowie. Nadarzyła się okazja, dostałem dobrą ofertę z Vive Targów Kielce i skorzystałem. Poza tym menedżer klubu Rhein-Neckar Loewen nie za bardzo mnie widział w składzie, więc z podjęciem decyzji nie miałem większych problemów. Wiedziałem, że wracam do miasta, w którym chciałem skończyć karierę i na pewno osiądę na starość. Cała rodzina mojej żony jest z Kielc. Mamy tam dużo kolegów, przyjaciół i bardzo dobrze się tam czujemy. Decyzja o powrocie w sumie nie była zaskoczeniem, tylko została przyspieszona o rok. I chyba wyszło mi to na dobre.

– Czy to oznacza, że pojawiają się myśli o zakończeniu kariery?

– Nie, nie. Na razie jeszcze czuję się dobrze, a skoro dostałem powołanie do reprezentacji, to wydaje się, że zdrowie jeszcze dopisuje i z formą nie jest najgorzej. Na pewno zastanawiam się czasem, co będę robić po zakończeniu kariery sportowej. W sumie mam jeszcze w Vive kontrakt na trzy lata, dlatego za dwa trzeba będzie podjąć jakąś decyzję. Na pewno chciałbym zostać w Kielcach i już nigdzie się nie ruszać. Ale wiadomo – życie sportowca jest powikłane i za dwa lata może już być zupełnie inna sytuacja, czy to w klubie, czy ze mną i wtedy trzeba będzie reagować.

– Jaka jest różnica między grą w Niemczech i w Polsce?

– Głównie taka, że w Niemczech w każdym meczu trzeba gryźć parkiet, bo są wyrównane zespoły i każdy z każdym może wygrać. Niestety polska liga jest, jak na razie, na tak niskim poziomie, że nieraz wystarczy 20 minut i… po meczu. Natężenie fizyczne, zmęczenie nie jest tak silne, jak w Niemczech. Poza tym tam jest 18 drużyn w lidze, a u nas 12. Tych meczów jest więcej, do tego dochodzą puchary europejskie. Teraz my (Vive) odbijamy to sobie w Lidze Mistrzów, bo w niej jest bardzo ciężko. Dobrze, że są takie spotkania pucharowe. To pozwala nam podwyższać poziom techniczny i zyskać boiskowe doświadczenie.

Mariusz Jurasik podczas niedzielnego meczu z Hiszpanią /Fot. Marek Biczyk

– Od 1997 roku gra pan w reprezentacji. Jak pan wspomina początki? Kto pana wprowadzał do zespołu?

– Miałem serdecznego kolegę, który już od dawna grał w kadrze, kiedy ja dopiero zaczynałem na prawym skrzydle. To był Robert Nowakowski. Bardzo dużo mi pokazał, zwłaszcza techniki gry na skrzydle. Gdy przychodziłem do Kielc w 1996 roku, byłem prawym rozgrywającym. Nie miałem w ogóle pojęcia jak się gra na prawym skrzydle. Przez parę pierwszych miesięcy nie potrafiłem trafić do bramki. Nie potrafiłem nawet odpowiednio upaść na boisko. Zawsze jak padałem, to albo miałem rozbite kolano, albo łokieć, albo bark. Robert bardzo dużo mi pomógł.

– Czy teraz łatwiej jest debiutować w drużynie narodowej młodym zawodnikom?

– Ci młodzi, którzy teraz wchodzą do reprezentacji, to teoretycznie mają troszkę gorzej. Poziom jest wyższy i oni muszą zaczynać od razu z wysokiego "C". Tak, jak tutaj Piotrek Wyszomirski, który ma dwa czy trzy występy w reprezentacji, a już jest na wielkiej imprezie, najtrudniejszym turnieju, jaki może być w piłce ręcznej. Jak ja zaczynałem, to zawsze były jakieś eliminacje, preeliminacje i zazwyczaj na tym się kończyło. Przez ładnych parę lat nie mogliśmy się załapać do ważnej imprezy. Dopiero w Szwecji w 2002 roku zagraliśmy w ME, ale nie wygraliśmy żadnego meczu. Z drugiej strony trudniej im się wkomponować w zespół, bo ten jest budowany już od paru lat. Naprawdę muszą pokazać charakter i wolę walki, żeby udowodnić, że chcą grać w tej reprezentacji. Muszą rywalizować z bardzo dobrymi graczami, którzy na co dzień nie grają w pierwszej, drugiej lidze polskiej, ale zwykle w najlepszej lidze świata, czyli niemieckiej.

– Podczas mistrzostw świata w Niemczech w 2007 roku, gdzie Polska sięgnęła po srebrny medal, wybrano pana do najlepszej siódemki turnieju. Niedawno prestiżowy francuski dziennik "L’Equipe" uznał pana za najlepszego prawoskrzydłowego na świecie w 2009 roku. Co o tym zdecydowało?

– Na pewno wyróżnienie w Niemczech sprawiło mi wielką frajdę, ale wydaje się, że przynajmniej czterech czy pięciu chłopaków z naszej reprezentacji na nie zasługiwało, bo graliśmy wtedy naprawdę wspaniale i wszystko nam wychodziło. Ale jakoś organizatorzy musieli to rozłożyć, więc było nas dwóch, ja i Marcin Lijewski. To był najbardziej udany turniej, w jakim brałem udział. Do finału wszystko mi się udawało. W decydującym meczu trochę zawaliłem, bo była okazja dojść Niemców i może wtedy gra potoczyłaby się trochę inaczej. Jeśli chodzi o nagrodę "L’Equipe", to wydaje się, że mogły się do tej decyzji przyczynić moje występy na wiosnę w Rhein-Neckar Loewen. Doszedłem z tym zespołem do półfinału LM. To był dla mnie świetny okres. Rzucałem bardzo dobrze, skutecznie, zdobywałem wiele bramek. Chyba za to mnie doceniono.

(PAP/JKM)