Strona główna | ZPRP | Dopiero wchodzimy na szczyt

Dopiero wchodzimy na szczyt

 

Dojrzeliśmy, raczej twardo stoimy na ziemi, niż bujamy w obłokach. Denerwują mnie jednak twierdzenia, że jedziemy po złoto mistrzostw Europy – mówi Bogdan Wenta, trener reprezentacji Polski piłkarzy ręcznych, w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

Przed tygodniem polscy piłkarze ręczni odnieśli kolejny duży sukces. Po wicemistrzostwie świata wygrali w Niemczech prestiżowy turniej QS Supercup. W półfinale zrewanżowali się gospodarzom za porażkę w finale mistrzostw świata, a w finale po dramatycznym meczu Szwecję 27:26.

Adam Gołąb: Supercup to po igrzyskach olimpijskich, mistrzostwach świata i Europy najbardziej prestiżowa impreza. Polacy wygrali ją po raz pierwszy. Można was już nazywać klasowym zespołem?

Bogdan Wenta: Zaprezentowaliśmy się dobrze, ale dopiero wchodzimy na szczyt. Nie było nas tam przez wiele lat, dlatego trzeba być ostrożnym. Denerwują mnie sygnały ze związku, że teraz liczyć się będzie tylko mistrzostwo Europy. Na świecie dopiero zaczynają nas szanować, a ja najbardziej nienawidzę, jak ktoś nie szanuje innych! Mam sygnały z Hiszpanii, Francji i Chorwacji, że mówi się o nas coraz bardziej pozytywnie. Ale każde zwycięstwo powoduje, że przeciwnicy postawią nam jeszcze większe wymagania. Wcale nie jesteśmy ekipą, która ma najwięcej argumentów, więc żeby nie było tak, że pójdziemy z szabelką na czołgi. Paru ludzi już mnie pytało, czy wiem, co będzie 27 stycznia 2008 roku. To data finałowego meczu mistrzostw Europy w Norwegii, ale co z tego, że wiem, skoro muszę najpierw przejść przez całe eliminacje.

Wicemistrzostwo świata czy zdobycie Superpucharu zobowiązuje. Polacy będą zaliczani do faworytów ME w Norwegii.

– W żadnym wypadku! Tych sukcesów nie ma sensu przekładać na nasze szanse. Po zespołach, które grały w Niemczech, widać zmęczenie sezonem, ligą, pucharami. Jedynie Szwedzi z meczu na mecz grali coraz lepiej. Inni, także my, mieli lepsze i gorsze momenty. Nie patrzę na czubek własnego nosa, nie będę teraz zajmował się podpisywaniem autografów. Trzeba zastanawiać się, jak optymalnie przygotować zespół do następnej imprezy. Wiem, co moi zawodnicy mogą, wiem, na co ich stać. Wygrana w Superpucharze ma oczywiście znaczenie. Przed finałem Niemcy twierdzili, że Polska to zespół, który nie umie wygrywać najważniejszych meczów. Tymczasem zespół pokazał dojrzałość. Tak naprawdę z całego turnieju cieszyła mnie ostatnia akcja finału. To, że to była samodzielna decyzja chłopaków. Zespół zrobił to sam, z absolutnie pełną świadomością.

Wszyscy czekali na rzut bombardiera Karola Bieleckiego, tymczasem sprawy w swoje ręce wziął Mariusz Jurasik. Tak to miało wyglądać?

– Najpierw Szwedzi wzięli czas, ale po bardzo dobrej akcji trafili w słupek. Potem był mój time-out. Po prostu spytałem zawodników: „Co chcecie grać", podpowiadając im może dwa rozwiązania. Wtedy wtrącił się Grzesiek Tkaczyk [kapitan reprezentacji] i on ustalił z zespołem wszystko. Mówił, że Szwedzi we dwóch czy trzech będą biec do Karola Bieleckiego [swoim rzutem wygrał ćwierćfinał MŚ z Rosją]. I tak było. A Jurasik też umie rzucić. Wyszło mu, trafił.

Wasz sukces na mistrzostwach świata jest porównywany z wicemistrzostwem świata siatkarzy. Im następny wielki turniej nie wyszedł. Pan nie ma takich obaw?
– Wszystkie zespoły przyjadą do Norwegii z takim samym nastawieniem: obok kwalifikacji przedolimpijskich przepustkę do Pekinu można zyskać właśnie na mistrzostwach Europy [awans zdobędzie mistrz Europy, chyba że złoto wywalczą mistrzowie świata Niemcy, wówczas kwalifikacje olimpijskie przypadną drugiej drużynie]. Dlatego właśnie tak mnie denerwują twierdzenia, że jedziemy po złoto. Jest pięć, sześć zespołów, które mają dużo więcej osiągnięć i dlatego -jak to się mówi – na papierze mają większe szanse. Na mistrzostwach Europy wygrać może każdy z każdym, ale także każdy może przegrać. Nie boję się jednak o swój zespół. Dojrzeliśmy, raczej twardo stoimy na ziemi, niż bujamy w obłokach.

Już mniej eksperymentuje pan w składzie, choć na Superpuchar do Niemiec zabrał pan Pawła Orzowskiego z Zagłębia Lubin.
– Potrzebuję tylko ludzi, którzy pasują do naszego systemu. Paweł pokazał, że z nim może tak być. Z Danielem Waszkiewiczem [asystentem Wenty] postanowiliśmy od razu rzucić go na głęboką wodę. Nie grał szczególnie długo, ale pokazał, że może pomóc. Zespół przyjął Orzłowskiego, zagrał trzy mecze, pokazał się w finale, kiedy wszedł i ustabilizował obronę. To nie był jakiś nieprzemyślany ruch, obserwowałem Pawła od dawna, ale od razu pojawiły się głosy, że jest stary [35 lat]. Zawsze w takich wypadkach powtarzam słowa Zvonimira Serdaruszicia, trenera THW Kieł: Nieważne, czarny czy biały, młody czy stary, ważne, żeby pasował do zespołu". Mam teraz 17 zawodników, a na ME mogę zabrać szesnastkę. Grupa mentalnie jest scementowana i gdyby to ode mnie zależało, chętnie nawet bym zapłacił, żeby pojechali wszyscy! Cieszą mnie komentarze, że coraz więcej zawodników chce grać w kadrze. Trzy, cztery lata temu tego nie było. Chcę, żeby grupa była jak największa, tylko jak tu powiedzieć komuś, że choć się go docenia, to na mistrzostwa jednak nie pojedzie. Gdy grałem, sam to przeżywałem.

Mamy światowej klasy rozgrywających, świetnych bramkarzy, coraz lepszą obronę. Gorzej ze skrzydłowymi.

– Skrzydła grają dopiero wtedy, gdy dostają piłki, a im więcej ich mają, tym gra jest łatwiej sza dla zespołu. Obrońcy muszą nauczyć się grać z kontry. Nie może być tak, że umieją tylko bronić. Trzeba potem pobiec na bramkę, podać na skrzydło czy obsłużyć koło". Żeby nie było tak, jak zdarzyło się w finale ze Szwedami pod koniec pierwszej połowy: mieliśmy piłkę, ale nie wykorzystaliśmy okazji, tracąc głupią bramkę. Na Superpucharze było mnóstwo takich sytuacji, ale wiele razy nie ukaraliśmy rywali tak, jak powinniśmy.

Sypie się prowadzony przez pana Magdeburg. W przyszłym sezonie straci Karola Bieleckiego i Grzegorza Tkaczyka, którzy odchodzą do Mariusza Jurasika do Rhein-Neckar Lówen.

– Kłopoty Magdeburga to efekt zawirowań finansowych. Inne kluby o tym wiedzą i zabierają nam zawodników. Marzy mi się, że kiedyś wszyscy znów będą grali w Polsce. Ale na razie wartość Polaków wzrasta i są na nich chętni. Chodzą słuchy, że do Bundesligi mają trafić kolejni – Jaszka i Kubisztal.

ROZMAWIAŁ ADAM GOŁĄB

X  X  X

Bogdan Wenta

Jeden z najsłynniejszych polskich piłkarzy ręcznych. 19 listopada skończy 46 lat. Z Wybrzeżem Gdańsk pięciokrotnie (1984-88) zdobył mistrzostwo Polski i dwa razy grat w finale Pucharu Europy. W Bidasoa Irun dwukrotnie wybrano go na najlepszego gracza ligi hiszpańskiej. Jest jedynym Polakiem, który występował w słynnej Barcelonie. W 1995 r. wyjechał do Niemiec, a dwa lata później przyjął niemieckie obywatelstwo. Z Niemcami zagrał wf inalach MŚ 1997 i 1999, ME 1998 i 2000, na olimpiadzie w Sydney w 2000 roku (piąte miejsce). W październiku 2004 r. został trenerem reprezentacji Polski, którą w styczniu 2007 doprowadził do wicemistrzostwa świata.