Strona główna | ZPRP | Lider w obronie

Lider w obronie

 

– Mecz w Płocku wiele mi dał. Udowodniłem sobie, że ciągle potrafię bronić na dobrym poziomie. Jestem pewien, że jeszcze wiele dam drużynie – mówi w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej Kielce” Rafał Bernacki, bramkarz Vive Kielce.

Ostatni raz w bramce Vive zagrał 21 maja 2006 roku, w kończącym przegraną rywalizację o brąz trzecim pojedynku z Zagłębiem Lubin. Później 150-krotny reprezentant Polski prowadził juniorów młodszych i trenował bramkarzy. Po inauguracyjnym meczu tego sezonu z AZS-em AWF-em Gdańsk dał się namówić na powrót do bramki. Po raz pierwszy zagrał w niedzielę z odwiecznym rywalem Wisłą Płock. Wszedł na boisko na ostatni kwadrans. Choć był skuteczny, nie był w stanie odwrócić losów meczu – Vive przegrało 28:32.

Paweł Matys: Jakie to uczucie wrócić do gry po 16-miesięcznej przerwie?

Rafał Bernacki: – Powrót po tak długiej pauzie to ryzyko – to był niezwykle ważny mecz i mógł mi nie wyjść. To trudna sytuacja, bo czułem, że drużyna liczy na mnie i mnie potrzebuje. Nie było mowy o lęku czy niepokoju.

Ponowny debiut wypalił.
– W kwadrans obroniłem siedem rautów, więc zaprezentowałem się pozytywnie. Mogło być jeszcze lepiej, bo powinienem obronić jeszcze trzy rzuty: z drugiej linii Iwana Pronina i Witalija Nata oraz lekki z prawego skrzydła Adama Twardy. W normalnej dyspozycji obroniłbym te rzuty.

Brakowało mi przynajmniej jednego sparingu z drużyną, wiedziałbym, jak zachowuje się defensywa. Ten mecz dal mi jednak wiele – udowodniłem sobie, że wciąż potrafię bronić.

Dlaczego przegraliście z Wisłą Płock?

– Mieliśmy za krótką ławkę. Graliśmy praktycznie dwoma rozgrywającymi – Pawłem Podsiadła i Dimą Nikulenką, bo Mateusz Zaremba i Kamil Sadowski dużo wnieśli tylko w obronie. Widać teraz, ile znaczą dla zespołu kontuzjowani Tomasz Rosiński i Bartosz Konitz. Dla porównania, gospodarze mieli sześciu rozgrywających, którzy ciągle się zmieniali. Sporym osłabieniem jest też brak filara środka obrony, kołowego Piotra Grabarczyka. Próbowaliśmy wariantów z Zarembą i Danielem Zółtakiem, ale to nie to samo.

Oprócz tego mieliście też mnóstwo strat w ataku.

– To nasza bolączka. Trochę to dziwne, bo w sparingach było ich zdecydowanie mniej. Wychodzi jednak brak rutyny, a w takich meczach na styku ma to kolosalne znaczenie. Wisła ma bardziej doświadczonych zawodników, a my obok AZS-u Gdańsk jesteśmy najmłodszym zespołem w lidze. Teraz tylko ja trochę zawyżyłem średnią wieku (śmiech).

Czy zauważył Pan różnicę między tym, na co zwracał uwagę jako trener, a tym, jak to wygląda na boisku?

– Oczywiście. Już w autokarze w drodze powrotnej przekazałem zawodnikom uwagi. Wielu rzeczy nie widać z ławki rezerwowych. Zwłaszcza jeśli chodzi o zachowanie obrony. Nadal szwankuje współpraca z bramkarzem. Musimy lepiej grać w kontrataku, którego praktycznie nie ma. Mamy dobrych skrzydłowych i musimy ich wykorzystywać. Przecież to są najłatwiejsze bramki!

Macie już dwie porażki w czterech meczach. Czy jest powód do niepokoju?

 -Nie. Sztab szkoleniowy pracuje spokojnie, bez gwałtownych ruchów. Jesteśmy bardzo dobrze przygotowani do sezonu – zwłaszcza motorycznie. Mamy młody zespół, młodego, ambitnego i wkładającego wiele serca w pracę trenera. Oprócz wyeliminowania naszych słabości brakuje tylko prawdziwego lidera, takiego, jakim był Radosław Wasiak. Postaram się nim być w obronie, ale trzeba też znaleźć go w ataku. Na to potrzeba czasu, który jest tylko naszym sprzymierzeńcem. Cieszy fakt, że kibice nas rozumieją.

Na co stać Vive w tym sezonie?

– Jesteśmy w ciekawej sytuacji: władze klubu realizują swój plan odmładzania zespołu, a z drugiej strony, presja kibiców jednak jest. Trudno im się dziwić, bo jeśli ominą nas kontuzje, możemy wygrać z każdym – obojętne czy u siebie, czy na wyjeździe.