Strona główna | EHF Euro 2016 | Z cyklu “Poznaj Ambasadora EHF EURO 2016”: Zbigniew Gutkowski

Z cyklu “Poznaj Ambasadora EHF EURO 2016”: Zbigniew Gutkowski

 

ZBIGNIEW GUTKOWSKI: Piłkarze ręczni są dla mnie bohaterami

Piłkarze ręczni to prawdziwi faceci – mówi jeden z Ambasadorów EHF EURO 2016, Zbigniew Gutkowski. Jak zatem nazwać człowieka, który wyrusza w samotne, okołoziemskie regaty jako pierwszy w historii Polak i czerpie z tego przyjemność? Czym jest dla niego żeglarstwo i jak trzeba się do niego przygotować opowiada jeden z najwybitniejszych polskich regatowców.

Monika Litwin: Skąd u Pana zmiłowanie do żeglarstwa? Dlaczego wybrał Pan właśnie taką dyscyplinę?

Zbigniew Gutkowski: Właściwie nie wybrałem, mieszkałem blisko jacht klubu (śmiech). Fascynowało mnie jak to wszystko działa i funkcjonuje, więc początkowa ciekawość, dopiero potem przerodziła się w pasję. W końcu postanowiłem zapisać się do klubu, dostałem się i tak do dzisiaj uprawiam tę dyscyplinę.

Jeśli chodzi o naukę, to gdzie można się to robić?

Wszystko zaczyna się od szkółek żeglarskich, są też UKS-y, sekcje regatowe w klubach, których w Trójmieście nie brakuje. Mamy naprawdę bardzo dobrą, wykwalifikowaną kadrę, która zajmuje się szkoleniem młodych adeptów. Nasza młodzież bardzo dobrze spisuje się na mistrzostwach świata czy Europy, mamy aktualnie wielu medalistów, więc zaplecze jest. Warto spróbować swoich sił, bo wiele osób nawet nie wie jakie żeglarstwo jest fajne. Jak się zacznie nie sposób już zrezygnować.

Jak takie szkolenie wygląda?

Na początku wszystko jest traktowane na zasadzie zabawy, żeby nikogo nie zrazić. Kontakt z nieprzewidywalnym żywiołem, wodą i wiatrem, może porządnie przestraszyć i zniechęcić do dalszych treningów. Na najmniejszych łódkach dla dzieci pływa się po jeziorze, trenerzy je wywracają i uczą stawiać od nowa. Dzieci są cały czas w bezpośrednim kontakcie z wodą. Potem krok po kroku idzie się dalej, pierwsze wyścigi treningowe, potem regaty okręgowe, a potem dopiero mistrzostwa Europy czy świata. Czyli można powiedzieć najpierw bezpieczeństwo i edukacja, a potem dopiero prawdziwy sport.

A od strony fizycznej jak to wygląda? Na co zwraca się uwagę?

Dzieci oczywiście siłowni nie mają, potem wchodzi ona w zakres treningów. Tak jak w każdej dyscyplinie sportu. Zimą trenuje się w hali, na basenie, a latem jakieś biegi przełajowe. Tego jest sporo, ale w znacznej mierze zależy to od trenera, który układa taki cykl.

Pan bierze udział w wielu zawodach żeglarskich, jak Pan przygotowuje się pod takie wyprawy?

Ja już nie pływam w klasach olimpijskich, czyli to nie jest stricte sportowe. Obecnie pływam w klasach oceanicznych, to jest trochę inna zasada pływania. Tutaj najważniejszym przygotowaniem jest wiedza, która jest niezbędna. Wiedza z różnych dziedzin, bo to nie samo żeglarstwo, ale też trzeba znać się na elektronice, mechanice, nawigacji czy też medycynie, ponieważ niestety jak płynie się samemu i coś się stanie, trzeba potrafić udzielić sobie pomocy. Oczywiście należy też trzymać kondycję, ale wiedza i doświadczenie to podstawa.

Zatem jakie niebezpieczeństwa czekają na środku oceanu?

Tam się może stać wszystko. Od najdrobniejszych awarii poprzez zatonięcie jednostki. Jachty są bardzo szybkie, a co za tym idzie są narażone na awarie techniczne. W swoim życiu miałem trzy przypadki zderzenia się z wielorybem przy dużej prędkości. Raz udało mi się wyjść z tego bez szwanku, ale dwa razu musiałem płynąć do najbliższego brzegu, gdyż byłem bardzo uszkodzony. Oczywiście dochodzi do tego sam ocean. Jeśli będzie sztorm, to będą ogromne fale i wiatr, a to może nam zrobić niezłą krzywdę. Człowiek na oceanie jest intruzem i musi się podporządkować do warunków jakie tam panują.

Pan jako pierwszy Polak wziął udział w samotnych regatach okołoziemskich, potem jeszcze trudniejszych regatach Vendee Globe, gdzie nie uzyskuje się pomocy z zewnątrz. Co Pana skłoniło do występu?

Regaty dookoła świata są zdecydowanie najbardziej prestiżowe. Wszyscy, którym uda się je ukończyć, a zwłaszcza zwycięzcy są żyjącymi, chodzącymi bohaterami. Przede wszystkim jednak ogromnym sukcesem jest w ogóle te regaty ukończyć. Trzy czwarte żeglarzy, którzy kiedykolwiek się ścigali, na pewno o tym marzy. Ja z całą pewnością staram się spełnić swoje marzenia.

Co trzeba zrobić, by w takich regatach wystąpić?

Trzeba być żeglarzem (śmiech). A tak na poważnie to nie jest oczywiście takie proste. Kupno dobrego jachtu, nawet jeżeli kogoś na to stać, nie jest wystarczające do wystartowania. Trzeba mieć licencję zawodniczą, która dopuszcza do zapisania się na listę startową. Potem są kwalifikacje. To jest cały skomplikowany i rygorystyczny proces. Nie każdy może wziąć udział. Wystarczy spojrzeć w CV żeglarzy, którzy tam pływają. Każdy z nich ma na swoim koncie poważne regaty i wcześniej pływał po oceanach, więc jest świadomy tego, co się tam dzieje. A potem woda i zawody to weryfikują.

Oprócz czynników zewnętrznych, o których Pan wspominał, z pewnością przychodzą też problemy natury psychicznej, zwłaszcza kiedy jest się samemu i liczyć można tylko na siebie. Jak Pan sobie z tym radzi?

To fakt, miałem kilka takich kłopotów. Nieraz zadawałem sobie pytania: po co mi to było?, ale głównie wtedy, gdy miałem jakieś problemy techniczne, z którymi myślałem, że sobie nie poradzę. Pocieszałem się wtedy w ten sposób, że ścigam się z innymi i rywale są dokładnie w tej samej sytuacji, co ja. Adrenalina, która jest obecna w rywalizacji sportowej też spełnia swoją pozytywną rolę.

Przy szkoleniu zwraca się uwagę na ten aspekt psychologiczny?

Tak, psychika jest bardzo ważna, bo jeśli ktoś sobie z tym nie radzi, to na wodzie będzie miał ciężko. Od początku trzeba się tego nauczyć, ale to, co się dzieje na środku oceanu to zupełnie inna bajka. Mogę podać przykład, który podają nestorzy żeglarstwa: ponad kilka tysięcy osób zdobyło Mount Everest, 560 kosmonautów latało w przestrzeni kosmicznej, a tylko 180 osób przepłynęło świat w samotności.

Po tym wszystkim, co usłyszałam, nie wyobrażam sobie Pana jako spokojnego człowieka. To ekstremalne życie to Pana żywioł?

Lubię to, trochę adrenaliny w życiu się przydaje. To są dwa różne światy, których nie można ze sobą połączyć. Tam się czuję jak ryba w wodzie. Nie potrafię sobie wyobrazić życia bez żeglarstwa, zwłaszcza, że robię to od dziecka i chciałbym dalej się tym zajmować. Cały czas podwyższam sobie poprzeczkę.

To na jakim poziomie ta poprzeczka jest teraz zawieszona?

Obecnie wciąż jest to Vendee Globe, ale tym razem chciałbym tę trasę zdominować i wiem jak to zrobić. Moi przeciwnicy mogą mieć lepszy sprzęt czy budżet, ale umiejętnościami wcale nie są lepsi. My jesteśmy bardzo dobrze wyedukowani, nasz akwen, Morze Bałtyckie, jest naprawdę trudnym polem treningowym. Jeżeli człowiek poradzi sobie na naszym morzu, to już inne akweny nie są tak groźne. Fale są większe na oceanie, ale nie tak kąśliwe jak na Bałtyku.

Czyli jedyne czego nam brakuje to środki finansowe i sponsorzy?

Właściwie tak. W Polsce żeglarze są zwykłymi ludźmi, którzy normalnie wspinają się po tych szczebelkach klasowych, tak jak ja. Nie ma zbyt wielu tych zamożnych. Na końcu sponsorzy zgadzają się na budowę danego sprzętu potrzebnego dla danej klasy. Łódki różnią się jedynie tym, że jedne są nowe, kupione od dobrego konstruktora, a inne używane, zakupione od kogoś. Koszt takiego sprzętu, bez niczego, bez łazienek nawet, to około 3,5 miliona euro. Chodzi o materiał, ponieważ wykonane są z karbonu, który jest drogi. No i oczywiście nikt tej dyscypliny nie popularyzuje, media się tym nie interesują. Chociaż to się zmienia, kiedyś było jeszcze gorzej.

Został Pan Ambasadorem EURO 2016, więc jak już Pan wraca z wypraw to siada Pan przed telewizorem i ogląda piłkę ręczną?

Ja zawsze oglądałem każde zawody rangi mistrzowskiej, w których reprezentacja Polski brała udział. Zawsze mnie to pasjonowało i bardzo się denerwowałem, gdy fundowali nam te horrory. Na szczęście w większości kończyło się to dobrze, więc było miło i sympatycznie. Tak naprawdę ja całą drużynę uważam za bohaterów, prawdziwych facetów. Zawsze ich tak traktowałem, więc jestem bardzo dumny i zaszczycony, że mogę być Ambasadorem. Nie zastanawiałem się ani chwili.

Te mistrzostwa Europy będą pierwszymi w Polsce, a nasi szczypiorniści na swoim koncie jeszcze medalu z takiej imprezy nie mają. Czy to jest ich czas?

Jak nie teraz, to kiedy? Najlepiej u siebie, przy swojej publiczności. Moim zdaniem idealny moment. Grają ze sobą w ligach, grają przeciwko chłopakom z innych krajów, więc znają dobrze siebie i swoich rywali. Muszą być dobrze przygotowani. Czasami to kwestia mentalności, czasem trochę szczęścia. Ono sprzyja lepszym i w tym wypadku mam nadzieję, że będzie sprzyjać naszym.

Czego życzy się żeglarzom przed startem?

Jest takie powiedzenie: stopy wody pod kilem, co w prostym tłumaczeniu oznacza to, żebyśmy nigdy nie wpłynęli na mieliznę.

Zatem tego życzę Panu ja, a Pan czego życzy naszym piłkarzom ręcznym?

Moje życzenia będą proste: Nie lubię ich horrorów, ale jeżeli zakończą się happy endem, nie będę narzekał, jeśli na tych mistrzostwach zafundują nam kilka.

Rozmawiała Monika Litwin