Strona główna | EHF Euro 2016 | Z cyklu “Poznaj Ambasadora EHF EURO 2016”: Mariusz Czerkawski

Z cyklu “Poznaj Ambasadora EHF EURO 2016”: Mariusz Czerkawski

 

MARIUSZ CZERKAWSKI: Chłopaki potrafią sięgać po medale

Patrząc na polskich sportowców poza granicami naszego kraju, trzeba przyznać, że mamy się czym pochwalić. Rozpoczynając od Roberta Lewandowskiego, poprzez Kamila Syprzaka, a kończąc na Marcinie Gortacie. Kilka lat temu Polska miała jeszcze jednego sportowca, który świetnie spisywał się na lodowiskach NHL. Z Mariuszem Czerkawskim powspominaliśmy początki wielkiej kariery, przypomnieliśmy paru wybitnych hokeistów i oceniliśmy przygotowania do EHF EURO 2016.

Monika Litwin: Przede wszystkim dlaczego zdecydował Pan się na karierę sportowca?

Mariusz Czerkawski: To była kwestia pasji do sportu. Kochałem go i chciałem, by stał się moją profesją. Granie w hokeja sprawiało mi przyjemność i nie wyobrażałem sobie innego zawodu, którym mógłbym się zająć. Miałem kilkanaście lat, ale już wtedy trzeba się zastanawiać, co się chce w życiu robić. Zwłaszcza jeśli ma być to kariera sportowca. Ta droga najbardziej mi odpowiadała. Codzienny trening, dyscyplina, obozy, wyjazdy, mecze, rywalizacja – to wszystko sprawiało mi przyjemność.

Skąd pomysł, że to będzie hokej, dyscyplina, która w Polsce nie jest najpopularniejsza?

No tak, wiele osób biega albo gra w piłkę (śmiech). Jeśli chodzi o mnie to był trochę przypadek, bo mój tata hokeistą nie był, ale zabrał mnie kiedyś na mecz hokejowy. Bardzo mi się podobało jak ci ludzie jeździli na łyżwach, operowali kijami, uderzali w krążek, jak bandy trzeszczały. Cała ta otoczka sprawiła, że zapragnąłem spróbować swoich sił, więc rodzice zapisali mnie do szkółki hokejowej i tak się zaczęło.

Pana kariera rozpoczęła się w GKS-ie Tychy, ale szybko wyjechał Pan za granicę. Jak wielu poświęceń wymagało to z Pana strony?

Wyjechałem jak miałem 19 lat, z jednej strony szybko, z drugiej niekoniecznie. To były zupełnie inne czasy. W 1991 roku na zachodzie wszystko było lepsze, kolorowe, a liga do której trafiłem była chyba najlepszą w Europie. Zawodnicy z Djurgarden Sztokholm zdobyli Puchar Europy, później w ‘92 udało mi się z nimi to powtórzyć. Wtedy Szwedzi dominowali, bo w ‘91 i ‘92 byli mistrzami świata, potem w ‘94 zwyciężyli Igrzyska Olimpijskie. Także nie było łatwo, gdy tam przyjechałem, poziom był wysoki. Wyjazd faktycznie był odważnym ruchem, bo nie znałem tam nikogo, nie znałem języka, po angielsku mówiłem tylko trochę. Musiałem się uczyć szwedzkiego, bardziej się starałem i więcej chciałem pokazać. Nie było łatwo, ale dostałem szansę i grzechem byłoby jej nie wykorzystać.

Pewnie nie spodziewał się Pan tak szybkiego rozwoju, z Polski wprost do tak rozwiniętej ligi.

Nie, nie sądziłem, że od razu trafię do Szwecji. W Polsce się rozwijałem, przed wyjazdem otrzymałem Złoty Kij, czyli zostałem wybrany najlepszym zawodnikiem naszego kraju i na mistrzostwach juniorów zostałem zauważony przez szwedzkich skautów i tych zza oceanu również. W 1991 roku zostałem wybrany w drafcie przez Boston Bruins, czyli wciągnięty na listę potencjalnych zawodników. A zanim to nastąpiło podpisałem umowę ze Sztokholmem, po tym jak pozytywnie przeszedłem testy.

Szybko trafił Pan do NHL, a tam system jest podobny jak w NBA, gdzie zawodnik może w ciągu jednego sezonu kilka razy zmienić klub. Trudno żyje się z taką niepewnością?

Nikt nas w końcu do tego nie zmusza, każdy jest świadomy jak to wygląda za oceanem. Tylko niektórzy zawodnicy mają z klubami podpisaną klauzulę „no trade”, czyli, że nie mogą być wymienieni do innego klubu. 99% zawodników jednak jej nie posiada. Wiele czynników wpływa na taką częstotliwość zmian. Również mi zdarzyło się w ciągu jednego sezonu być kilka razy wymienionym. Rekordziści są wymieniani nawet 4 czy 5 razy w ciągu sezonu. To jest nieodłączna część zawodu hokeisty.

Mimo wszystko w jednym klubie, New York Islanders, został Pan aż na 5 sezonów, a trzeba pamiętać, że wtedy ten klub nie miał najlepszego okresu. Skąd taka decyzja, by właśnie Nowym Jorku zatrzymać się na dłużej?

To prawda, nie szło im wtedy najlepiej. Drużyna była dość młoda, niedoświadczona, no i brakowało nam budżetu, bo jednak nie mogliśmy się równać z zapleczem finansowym np. Rangersów (New York Rangers – przyp. red.). Potem przyszedł Chris Osgood czy Aleksiej Jaszyn, trochę wzmocnili klub i przez następne dwa lata udało nam się wchodzić do play-offów. Dlaczego Nowy Jork? Generalnie dobrze się tam czułem. Bardzo fajne miasto, ale też świetna Polonia tam mieszkająca, z którą miałem dobre kontakty.

Patrząc z perspektywy czasu z którym hokeistą grało się Panu najlepiej, a przeciwko któremu najtrudniej?

Trochę ich było (śmiech). W ataku na pewno Jaszyn i Oleg Kwasza byli świetni, ale super grało mi się też z moim serdecznym przyjacielem, Szwedem, Matsem Lindgrenem czy z Kanadyjczykiem Bradem Isbisterem. Fajny tworzyliśmy atak. Jeśli chodzi o najtrudniejszych przeciwników to z pewnością byłby to Mats Sundin czy Eric Lindros z Toronto, aczkolwiek już wtedy mniej grywałem. Chris Pronger też był takim obrońcą, który grał twardo i bezpardonowo. Ciężko jest wymienić dwóch czy trzech, bo 12 lat spędzonych za oceanem robi swoje. Poza tym na przykład w Nowym Jorku w jednym sezonie przewinęło się przez drużynę z 50 zawodników, tak że czasami ciężko było zapamiętać z kim się zaczynało, a z kim kończyło (śmiech).

Ma Pan kontakt ze swoimi znajomymi z NHL?

Tak, z niektórymi zdecydowanie. Z większością trochę się kontakty rozluźniły, bo gdy już przestaliśmy grać w Nowym Jorku, porozjeżdżaliśmy się do swoich domów. Oczywiście rzadko było tak, że ktoś kto gra w danym mieście z tego miasta pochodzi.

Co jest jeszcze podobne w NHL i NBA to całkiem niezłe sumy pieniędzy przewijające się przez konta zawodników. Można się w tym zatracić? Zgubić siebie?

Myślę, że jest taka szansa. Jak ja zaczynałem karierę te stawki były o wiele mniejsze, teraz niektórzy otrzymują nawet ponad 14 milionów dolarów, także cały czas to wzrasta. Jasne, że to robi wrażenie, ale większość zawodników w hokeju raczej sobie z tym radzi. Dochodzą do takiego poziomu ciężką pracą, zaangażowaniem, więc doceniają to, co mają i wiedzą, że muszą to szanować. W końcu nie jest nam to dane do końca życia. Ludzie w moim otoczeniu nigdy nie wywyższali się ponad innych i nie pozwolili wodzie sodowej uderzyć do głowy.

Te kwoty faktycznie są ogromne, na polską piłkę ręczną nieosiągalne, ale ludzi zmieniać może również sława, a to już może dotyczyć również przedstawicieli innych dyscyplin.

Nie słyszałem o żadnych poważniejszych wybrykach piłkarzy ręcznych (śmiech). W szkole zdarzało mi się grać w ręczną i wiem jak ciężki jest to sport oraz jak wiele siły wymaga. To są wielcy faceci, którzy grają twardo, tak że sądzę, że i po ziemi stąpają pewną stopą. Ludzie są oczywiście różni, ale w większości przypadków to chyba solidni goście.

Pan się sportem z pewnością interesuje, więc zdaje sobie Pan również sprawę, że nie tak łatwo osiągnąć dobry wynik. Jak oceniłby Pan szanse Polaków?

Oni już nie raz pokazali, że potrafią sięgać po medale. Na mistrzostwach świata w Niemczech w 2007 roku zostali wicemistrzami, więc potencjał jest wielki. Oczywiście zmienił się skład, ale to nie oznacza, że nie mogą osiągnąć czegoś naprawdę wielkiego. Hokej mógłby tylko pozazdrościć takiej jakości gry. Oczywiście gramy u siebie, więc to też zwiększa szanse. Trzeba pamiętać, że w spocie nic nie jest na pewno. Ostrą walką i ciężkim treningiem dochodzi się do sukcesu. Jak się chce zostać mistrzem, to trzeba pokonać najlepszych.

Pan grał na Śląsku, został Pan katowickim Ambasadorem EURO 2016, więc mógłby Pan powiedzieć, dlaczego warto do Katowic przyjechać? Jak będzie z tą organizacją?

Katowice to wielki ośrodek sportowy. Podołali z organizacją siatkówki to i teraz sobie świetnie poradzą. Pamiętam jak w 2004 roku graliśmy w Spodku Mecz Gwiazd, przyjechali hokeiści z NHL i było świetnie. Na pewno będzie dobra atmosfera podczas meczów, a jeśli chodzi o samo miasto to cały czas się rozwija. Wyremontowanych zostało wiele miejsc jak Rynek czy Dworzec Główny, a także cała infrastruktura transportowa. Wszystko staje się coraz bardziej nowoczesne, jest kilka miejsc, w których można napić się dobrego wina, drinka, a także smacznie zjeść. Turyści i kibice spędzą w Katowicach fajny czas.

Jako Ambasador EHF EURO 2016, ale też jako człowiek związany ze sportem, czego oczekuje Pan od naszych chłopaków, a przede wszystkim od organizatorów?

Od organizatorów na pewno fajnej oprawy, ale o to można być chyba spokojnym, bo mamy do czynienia z profesjonalistami, którzy wiedzą, co robią. Od zawodników oczekiwałbym zaangażowania, zostawienia serca na parkiecie i trzymam kciuki, żeby zaszli jak najdalej, gdyż jest ku temu spora szansa.

Rozmawiała Monika Litwin