Strona główna | EHF Euro 2016 | Z cyklu “Poznaj Ambasadora EHF EURO 2016”: Daniel Waszkiewicz

Z cyklu “Poznaj Ambasadora EHF EURO 2016”: Daniel Waszkiewicz

 

DANIEL WASZKIEWICZ: Mądry trener to taki, który wie, co robi

Zanim został szkoleniowcem klubów w naszym kraju i zagranicą oraz asystentem trenera Wenty w reprezentacji, był znakomitym rozgrywającym. Zdobywał tytuły Mistrza Polski z wieloma klubami, potem odnosił sukcesy na zachodzie. Jak wspomina tamte czasy? Czego nauczył się od naszych sąsiadów? Jak rysuje się polska kadra obecnie? Na te i wiele innych pytań odpowiedział Daniel Waszkiewicz, Ambasador EHF EURO 2016 w Gdańsku.

2015.11.08 GDANSK ERGO ARENA PILKA RECZNA HANDBALL TURNIEJ TOWARZYSKI PILKI RECZNEJ W GDANSKU MECZ POLSKA - HISZPANIA POLAND - SPAIN N/Z AMBASADORZY EURO 2016 W GDANSKU DANIEL WASZKIEWICZ FOTO NORBERT BARCZYK / PRESSFOCUS

Monika Litwin: Pana statystyki zawodnicze, 210 występów w kadrze, ponad 700 rzuconych bramek, brązowy medal MŚ z 1982 roku, są imponujące. Czuje się Pan człowiekiem spełnionym?

Daniel Waszkiewicz: Sportowcowi trudno powiedzieć, że jest spełniony, bowiem każdy chciałby więcej. Cały czas coś osiągać, coś wygrywać, rozwijać się, być na pierwszym miejscu. W sporcie zawsze jest coś do dodania. Powiedzmy, że nie czuję się nieszczęśliwy z tym wszystkim, co mnie spotkało w mojej zawodowej karierze.

Z Kilonią osiągnął Pan wicemistrzostwo Niemiec, ale wtedy ten klub i cała Bundesliga wyglądała inaczej.

Faktycznie wtedy to wszystko wyglądało zupełnie inaczej. W tamtym okresie to Bundesliga uczyła się właściwie od nas, ponieważ to my byliśmy potęgą szczypiorniaka. Było inaczej, bo tam profesjonalizm zaczynał się dopiero kształtować. Zespoły miały tylko po jednym zawodniku z zagranicy, potem chyba zmieniło się to na dwóch, tak że przecierało się dopiero szlaki, a utrzymać się w tych zespołach było bardzo trudno.

THW Kiel to obecnie czołówka najlepszych ekip w Europie, ale nasze polskie drużyny też sobie świetnie radzą na arenie międzynarodowej. Jakby Pan ocenił występy Vive i Wisły w Lidze Mistrzów?

Świat poszedł naprzód, to wszystko mocno się rozwinęło. Polskie kluby z wieloma zagranicznymi zawodnikami (śmiech). Ale faktycznie tak można powiedzieć, że mamy dwa sztandarowe kluby godnie reprezentujące nasz kraj, które w Europie dość dużo znaczą. Posiadają pokaźne budżety, mają zawodników, którzy grają na naprawdę wysokim poziomie. To bardzo dobrze dla polskiej piłki ręcznej.

Właśnie jak na tym tle rysuje się polska Superliga?

Chyba w każdym kraju jest pięć czy sześć zespołów, które mają odpowiednie środki finansowe, mają świetnych graczy i mogą sobie pozwolić na więcej. A reszta ma problemy. Nasza liga nie odbiega od tego modelu jakoś znacząco. U nas powiedziałbym trzy zespoły są gdzieś w czołówce, dodałbym do poprzednich jeszcze Azoty Puławy. Sporo klubów w PGNiG Superlidze walczy jednak o życie, więc wygląda to bardzo różnie.

Pan przygody z piłką ręczna nie zamknął na byciu tylko zawodnikiem. Po zakończeniu kariery w VfL Bad Schwartau, rozpoczął Pan od razu w tym klubie pracę jako asystent trenera. Czego się Pan nauczył od tamtych szkoleniowców?

To była bardzo fajna szkoła, z tego względu, że trenerów przez klub przewinęło się całkiem sporo. Miałem okazję obserwować różne style prowadzenia zespołu, ponieważ byli to szkoleniowcy i z Bałkanów, i ze Skandynawii. Można było podpatrzyć, jak oni to robią, a to jest doświadczenie, które zostaje na zawsze i procentuje. Z resztą w tej kwestii może też wypowiedzieć się Bogdan Wenta, który miał kontakt z jeszcze większą liczbą trenerów.

Jak wyglądają te szkoły, bałkańska i skandynawska? Czym się od siebie różnią?

One są zupełnie różne. Szkoła bałkańska jest w znacznej mierze oparta na umiejętnościach indywidualnych zawodników i wykorzystaniu tych atutów. Skandynawska z kolei skupia się bardziej na zespołowości i na grze, która jest z góry, wcześniej zaplanowana.

Który styl jest bliższy polskiej reprezentacji?

Wtedy kiedy wraz z Bogdanem Wentą prowadziliśmy ten zespół, był to styl skandynawski. Mieliśmy mnóstwo przygotowanych rozwiązań, właściwie na każdą ewentualność. Trener Biegler chyba preferuje nieco inną szkołę, ale to zależy od szkoleniowca i jego pomysłu.

A może to też zależeć od potencjału drużyny?

Uważam, że ten potencjał drużyny powinien zostać określony przez trenera na samym początku i swoją szkołę, swój styl dostosować tak, by te możliwości jak najlepiej wykorzystać.

Zatem wszystko w rękach mądrego szkoleniowca. Tylko pytanie, co to oznacza być mądrym trenerem?

To wszystko o czym powiedziałem, ale też ważne jest ciągłe dokształcanie. Dobry trener powinien słuchać rad, ale wnioski płynące z tej pomocy powinien wyciągać już sam. Taka osoba cały czas się uczy i jest otwarta na nowe rozwiązania. Mądry szkoleniowiec to taki, który wie, co robi.

Jak Pan sądzi, co naszej reprezentacji może w sukcesie pomóc, a co przeszkodzić?

Granie u siebie może zarówno przeszkodzić, jak i pomóc. Wszystko zależy od tego jak chłopaki do tego podejdą. We własnym kraju się gra nieco łatwiej, bo jest swoja publika, a atmosfera w hali jest ważna. Ale z drugiej strony może być większy stres. A co jeszcze może przeszkodzić? Naszym głównym problemem są kłopoty zdrowotne.

Zgadza się, piłka ręczna obfituje w kontuzje, ostatnio uraz Grześka Tkaczyka wykluczyła go z ME 2016. Co w takiej sytuacji, gdy wypadnie nam kilku podstawowych zawodników?

Ten sport jest trochę brutalny, a co za tym idzie nieszczęście jednego gracza, może okazać się szansą dla drugiego. Dla tych zastępców jest to możliwość wejścia do składu i pokazania się z jak najlepszej strony na tak wielkiej imprezie jaką są mistrzostwa Europy. Chociaż życzyłbym sobie, żeby nasza reprezentacja na ziemiach polskich grała jednak w pełnym, najsilniejszym składzie. Jeśli chodzi o Grzegorza Tkaczyka, to kadra już długo grała bez niego i sobie radziła, choć niewątpliwie jest to taki zawodnik, który by chłopakom sporo pomógł. Bardzo przykro, że taka kontuzja mu się przytrafiła, bo ten sezon grał całkiem dobrze.

Czasem mam wrażenie, że ci młodsi gracze nie potrafią się dogadać na boisku z tymi starszymi. Skąd to może wynikać?

Nie, nie do końca tak jest. Trzeba pamiętać, że w zespole zawsze jest jakaś hierarchia zawodników. Kiedyś to może wyglądało gorzej, ale teraz nie wydaje mi się, by młodzi mieli problem z wejściem do zespołu. Są kierowani na dobre tory, choć oczywiście muszą pamiętać, że sporo pracy przed nimi, bo ich potencjał odkrywany jest dopiero na takich wielkich zawodach. Niemniej jednak problemu w drużynie nie widzę.

Odkrycie tego potencjału to bardziej zadanie reprezentacji czy może klubów?

My niestety w tej chwili mamy trochę problem w tej kwestii, ponieważ kontakt z Europą, tą klubową, mają tylko dwa czy trzy zespoły. Poza tymi klubami, które pokazują się na arenie międzynarodowej, inni z tym wielkim handballem kontaktu zbyt wielkiego nie mają, więc zawodnicy nie nabierają potrzebnego doświadczenia. Trochę cofa to rozwój.

Na pierwszy ogień, już w grupie spotkamy się z kosmiczną Francją. Będzie ciężko?

Mistrzostwa Europy mają to do siebie, że tu nie grają zespoły słabe i od samego początku nie będzie łatwo. Jeżeli chce się zaistnieć w tych rozgrywkach trzeba wygrywać z najlepszymi. Grupę mamy trochę niewygodną, gdyż oprócz Francji są dwa zespoły, które nie do końca nam pasują. Ten bałkański styl grania nigdy nam nie odpowiadał.

Jakie słowa powinny paść z ust trenerów przed takim ważnym wydarzeniem?

Niedużo powinno się mówić, gdyż ma się do czynienia z zawodnikami, którzy są na tyle doświadczeni, że doskonale wiedzą o co grają. Można ich trochę zmobilizować, ale oni dobrze wiedzą gdzie grają i z kim.

Wcielając się rolę trenera, kto by u Pana zagrał w pierwszej siódemce?

To jest zadanie trenera Bieglera. Nie ma on zbyt wielu możliwości, więc ja też niczego nowego nie wymyślę. Obecni szkoleniowcy są blisko zespołu, oni najlepiej wiedzą kto w jakiej jest formie, tak że to jest ich sprawa kogo relegują na parkiet w pierwszym składzie.

Rozmawiała: Monika Litwin