Strona główna | PGNiG Superliga Kobiet | Arne Senstad: To wspólna drużyna, nie tylko moja

Arne Senstad: To wspólna drużyna, nie tylko moja

 

Pierwszą “siódemką” możemy walczyć z każdym, potrzebujemy zaś głębi składu. Są talenty, ale trzeba silniejszej ligi. Polskie zawodniczki są dobre technicznie, muszą natomiast pracować nad motoryką. To, że w mistrzostwach Europy zagramy u mnie w kraju, na pewno jest dla mnie czymś wyjątkowym, ale jadę tam jako dumny trener reprezentacji Polski – podkreśla  Arne Senstad, norweski szkoleniowiec Biało-Czerwonych.

Fot. A.Starszyński / PressFocus

Zaczynał pan od pracy z mężczyznami, jak trafił pan na stanowisko selekcjonera damskiej reprezentacji?

Arne Senstad: Męska piłka nie zawsze jest pierwszym wyborem. W Norwegii przez wiele lat to damska odmiana była zdecydowanie bardziej popularna. Ale fakt, swoją zawodniczą karierę zakończyłem w Szwajcarii jako grający trener panów. W ostatnim sezonie doznałem jednak kontuzji i po nim wróciłem do Norwegii. Myślałem, że dalej będę trenował mężczyzn, miałem choćby ofertę z Elverum, które teraz świetnie sobie radzi w Europie. Prawie się zgodziłem. Wtedy dostałem propozycję ze Storhamar. Wybrałem ją, bo damska piłka ręczna była o wiele silniejsza i dawała więcej możliwości.

W Storhamar od zera zbudowaliśmy drugi najlepszy klub w Norwegii. Spędziłem tam w dwóch okresach łącznie 11 lat, z dwuletnią przerwą na pracę w Oslo (będąc trenerem Storhamar, w latach 2012 oraz 2019, Arne Senstad został wybrany najlepszym trenerem w Norwegii – red.). Kiedy wszedłem już na rynek damskich trenerów, naturalnym było to kontynuować. Choć miałem myśli, by wrócić do pracy z mężczyznami, uznałem, że mam już obycie, wiedzę i doświadczenie w prowadzeniu damskich zespołów. Lubię to i jestem w tym dobry. Zgłosiłem się więc do konkursu w ZPRP i jestem bardzo szczęśliwy, że dostałem tutaj zaufanie i szansę.

Początek, przynajmniej w gabinetach, był jednak trudny. Z miejsca stworzyło się wokół pana zamieszanie z kontraktem i łączeniem pracy z kadrą z pracą z klubem.

Cała ta sytuacja była niepotrzebna i mogę tylko za nią przeprosić. Oczywiście dałem znać władzom mojego klubu, że startuję w konkursie na trenera polskiej kadry. Wygrałem i przyjąłem pracę w ZPRP. W Storhamar najwyraźniej byli zdziwieni, potem stwierdzili, że trudno mi będzie łączyć obie funkcje. Ja natomiast uważałem, że można robić to bez problemu i to z sukcesami, jest wiele przykładów takich trenerów. Stąd wzięły się różne stanowiska, temat podchwyciły media, które trochę przeinaczyły fakty i zaczęło się zamieszanie. Najważniejsze, że na końcu doszliśmy do porozumienia, opuściłem klub i teraz mogę poświecić się w pełni reprezentacji.

Na szczęście początek na parkiecie obył się już bez komplikacji. Jak dotąd pięć meczów i pięć zwycięstw.

Gdyby tylko mógł pan powtórzyć to po EURO na koniec roku… Rozmarzyłem się! Jasne, to bardzo pozytywny start, choć każdy wie, że nie graliśmy z najlepszymi zespołami na świecie. Od pierwszego treningu złapaliśmy dobre połączenie, wiemy, nad czym trzeba pracować. Ze swojej strony od pierwszej minuty z kadrą chciałem pokazać dziewczynom, że w nie wierzę. Dwa wygrane mecze eliminacji EURO (z Wyspami Owczymi i Ukrainą – red.) dały nam dużo pewności siebie, bo potrafiliśmy już przełożyć niektóre zagrania z treningów na mecze. Na wygranym turnieju w Lublinie pokazaliśmy zaś, że możemy grać naprawdę ładny i skuteczny handball. Ale żeby przekonać się gdzie naprawdę jesteśmy, musimy zacząć grać z najlepszymi na świecie. Dlatego żałuję, że nie spotkaliśmy się z Rumunią, nawet jeśli miałoby to popsuć tę statystykę.

Co udało się już panu zmienić w drużynie?

Ciągle nad tym pracujemy, ale zauważyłem jedną rzecz, którą chciałbym zmienić. Nie wiem jeszcze czy wynika ona z kultury czy ze szkolenia w Polsce. Chodzi o to, że dziewczyny nie są przyzwyczajone do bycia pytanymi jak chcą trenować i grać. Chcą tylko być instruowane. A jeśli mamy wskoczyć na wyższy poziom, to wszyscy musimy czuć, że to nasz wspólny zespół; że mamy wspólną wizję, na którą wszyscy mamy wpływ. Każdą sugestię od dziewczyn staram się wprowadzić w życie, by im pomóc. Oczywiście “I’m the boss”, ale drużyna jest wspólna, nie tylko moja.

Fot. N.Barczyk / PressFocus

A na boisku? Co działa dobrze, a co trzeba poprawić?

Nasza pierwsza “siódemka” może konkurować z każdą ekipą na świecie. Trio Achruk – Kudłacz – Kobylińska to rozegranie na bardzo wysokim, międzynarodowym poziomie. Wyzwaniem jest za to, by nowa generacja zawodniczek dorównała poziomem. A z tym jest problem, bo potrzebujemy więcej dobrych rozgrywających. Jestem za to pod wrażeniem jakości skrzydeł, mamy tutaj bardzo szeroki wybór. Podobnie w bramce. Jeśli mam wskazać nasz słabszy punkt, to głębia składu wśród rozgrywających. Jeśli Norweżkom wypada pięć zawodniczek, wstawiają nowe i poziom jest podobny. Gdyby nam zabrać 3-4 najlepsze dziewczyny, mamy ogromne kłopoty. Musimy też nieco bardziej popracować nad przygotowaniem fizycznym. Chciałbym nieco wzmocnić dziewczyny, bo chcemy grać trochę bardziej fizycznie.

Pracowaliście nad tym w Cetniewie? W czerwcu odbyliście pierwsze zgrupowanie w dobie pandemii.

Trochę tak, bo możliwe, że były to najbardziej intensywne treningi, jakie niektóre z zawodniczek miały kiedykolwiek w swoim życiu! Nikt jednak nie narzekał, dziewczyny dały z siebie maksimum. Było dużo uśmiechu i jeszcze więcej mobilizacji. Chcieliśmy upewnić się, że wszystkie zawodniczki są w dobrej formie i wracają do regularnych treningów, nie wszystkie miały taką okazję przed obozem w Cetniewie. Super, że mogliśmy odbyć zgrupowanie w tym trudnym okresie. W te dwanaście dni zrobiliśmy duże postępy.

Tuż po powrocie z Cetniewa poznaliście grupowe rywalki na EHF EURO 2020, które odbędzie się w grudniu w Norwegii i Danii. Mógłby pan scharakteryzować przeciwniczki?

Norwegia to najlepszy zespół nie tylko w grupie, ale – ze wszystkimi zdrowymi graczami w składzie – to też najlepszy zespół na świecie. W ostatnich latach Norweżki miały swoje wzloty i upadki, ale zawsze są w czołówce. Na własnym terenie będą wielkimi faworytkami. Niemki bardzo szybko się rozwijają, w zeszłym roku notowały dobre rezultaty, ale czasem są jeszcze niestabilne. Tak samo nie do końca wiadomo czego spodziewać się po Rumunkach. Mają w składzie najlepszą szczypiornistkę świata – Christinę Neagu – ale mają też swoje problemy. W zeszłym roku i Niemki, i Rumunki, pokonały Norwegię, więc wszystko jest możliwe. Rumunki mamy już przynajmniej “rozpisane”, bo przygotowywałem się do meczu z nimi w eliminacjach!

Odwołanie kwalifikacji i przyznanie miejsc na podstawie dwóch rozegranych meczów było dobrym ruchem ze strony EHF-u?

Szefowie EHF-u musieli coś zrobić ze względu na COVID-19. Trzeba było zadbać jakoś o kalendarz na kolejny rok i mogliśmy się tego spodziewać. Tym ważniejsze były nasze dwa zwycięstwa, bo ułatwiły taką decyzję. Myślę, że tymi meczami zasłużyliśmy na to miejsce.

Skoro już o koronawirusie mowa, jak pandemia rozwija się obecnie w Norwegii i jakie są przewidywania co do organizacji mistrzostw w pana kraju?

Wszystko jest pod kontrolą. Nasz rząd zareagował podobnie jak ten w Polsce – bardzo szybko zamknięto szkoły i biznesy. Poskutkowało i dziś sytuacja wygląda dobrze, ale co jeśli nadejdzie druga fala? Na teraz liczby są obiecujące, w szpitalach przebywa tylko kilkanaście osób z koronawirusem. Dlatego też otwieramy gospodarkę i kraj, ale trzeba poczekać na efekty. Wiem, że organizatorzy pracują nad wieloma rozwiązaniami. Wszyscy chcemy grać przy pełnych trybunach, ale nie wykluczam, że będą to tylko “telewizyjne” mistrzostwa.
To, że zagramy u mnie w kraju, na pewno jest dla mnie czymś wyjątkowym, ale jadę tam jako dumny trener reprezentacji Polski. Obiecuję, że zrobię wszystko, by dziewczyny zagrały tam najlepiej, jak potrafią. Według mnie dużym plusem jest to, że mamy gospodynie w grupie. Mówiłem, jak popularna jest w Norwegii piłka ręczna kobiet, wokół naszego meczu będzie więc ogromne zainteresowanie i fajnie, że dziewczyny będą mogły się z tym zmierzyć. Tego też trzeba się nauczyć. Wiele z nich nie miało jak dotąd okazji brać udział w takiej imprezie, z taką otoczką.

Cel na mistrzostwa Europy?

Zdajemy sobie sprawę z układu sił: Norwegia, Niemcy, Rumunia – w takiej kolejności – i my jako underdog. Naszym celem jest teraz dorównanie poziomem do wyżej wymienionych ekip. EURO to pierwszy krok na naszej drodze w budowie reprezentacji. Potrzebujemy takich meczów do rozwoju. Jednocześnie każdy kto mnie zna, wie, że nie jedziemy tam statystować i podpisać listę startową. Będziemy starli się zrobić niespodziankę. Moje dziewczyny umieją grać w handball, chcemy to pokazać, nawet jeśli o punkty będzie bardzo trudno.

Fot. N.Barczyk / PressFocus

Wspomniał pan o sile trio Achruk-Kudłacz-Kobylińska. Na EURO pierwszej z nich może zabraknąć, bo spodziewa się dziecka. Jak pan podchodzi do jej powołania?

Oj, to trzeba poczekać i zobaczyć. Zdaje mi się, że termin wyznaczono Kindze na wrzesień, więc do mistrzostw zostałyby około trzy miesiące. Widziałem zawodniczki, które wracały po dwóch miesiącach, ale trzeba mieć bardzo dużo szacunku i wyrozumiałości dla tej sytuacji. My, mężczyźni, chyba nie zdajemy sobie sprawy z poświęcenia i wagi tego błogosławionego okresu. Kinga dostanie tyle czasu, ile będzie chciała, nikt nie będzie wywierał presji, to mogę zapewnić. Dlatego też nie mogę ocenić czy pojedzie, czy nie. Sam uważam, że to za wcześnie, ale na Kingę zawsze będzie czekało miejsce: tak na boisku, jak i na ławce, jeśli będzie chciała pomóc drużynie w roli dodatkowego trenera.

Jak będą wyglądały przygotowania do mistrzostw? Planujecie jakieś sparingi, kolejne zgrupowania?

To bardzo trudny temat. Podczas zgrupowania powiedziałem, że byłbym spokojny o grę i wyniki, jeśli moglibyśmy trenować codziennie razem do grudnia. Kolejny obóz planowaliśmy na przełom lipca i sierpnia, ale że nie ma igrzysk w Tokio, kluby mają swoich graczy do dyspozycji i ten termin przepada. Rozumiem, że zespoły będą przygotowywać się do kolejnego sezonu, ale rozmawiam z trenerami i spróbujemy znaleźć kompromis i kilka dni w kalendarzu.

Na ten moment pierwsza pewna data to… przełom września i października. Pojedziemy do Szwecji. Albo na turniej, albo na dwumecz z gospodyniami. W listopadzie sami zorganizujemy turniej w Polsce, ale jeszcze nie znamy rywali. Może się więc zdarzyć, że do mistrzostw będziemy wspólnie trenować tylko dwa tygodnie. Wiem, że każdy jest w podobnej sytuacji. Na mistrzostwach będziemy jednak jednym z najniżej notowanych zespołów, chciałbym mieć więcej czasu. Teraz pracujemy głównie przez internet, rozmawiamy z zawodniczkami i kontrolujemy ich treningi.

Jak ocenia pan poziom rozgrywek PGNiG Superligi kobiet?

Potrzebujemy lepszej ligi, to bez dwóch zdań. Popatrzmy na wyniki polskich drużyn w Europie – Perła niemal wszystkie mecze wysoko przegrywa, Zagłębie przegrywa 14 bramkami z moim byłym klubem. Mówcie co chcecie, to nie jest nauka, tylko zderzenie się ze ścianą. Dobre zawodniczki muszą wyjeżdżać, by podnosić swój poziom i móc zagrać na najwyższym poziomie i mierzyć się z najlepszymi. Według mnie to obecnie najlepsze dla nich wyjście. Jednocześnie jeśli liga ma być silniejsza, musi mieć dobre zawodniczki, więc to skomplikowane. Wyjazd dla samego wyjazdu też nie zawsze jest korzystny.

W Polsce brakuje więcej wymagających zespołów, więcej wyrównanych meczów. Tak, widzę rozwijające się ekipy, ale na ten moment jest to za mało. Są dwie kluczowe sprawy: potrzebujemy zarówno mocniejszej ligi, jak i więcej zawodniczek za granicą. Trudno mi znaleźć w Superlidze zawodniczki mogące od razu rywalizować z najlepszymi na świecie.

Mówimy tutaj, że nie od razu Kraków zbudowano. Pan też przyjął taktykę stopniowego budowania zawodniczek, bo kilka młodych dziewczyn dostało od pana szansę. Myślę o Barbarze Zimie czy Julii Niewiadomskiej.

Zawsze lubiłem to robić: oglądać mecze i wyłapywać talenty. To ekstremalnie ważne w polskich warunkach, kiedy ogólnie mamy mało zawodniczek. A takich z doświadczeniem na najwyższym poziomie jeszcze mniej: Kobylińska gra w Brest, Kudłacz-Gloc od wielu lat w Niemczech, Kinga Achruk ma bogatą karierę w Buducnost. Ale reszta? Jeśli chcemy mieć w przyszłości więcej takich dziewczyn, trzeba dawać im szanse i stymulację do dalszego rozwoju od młodego wieku. Ale samo to i tak nie wystarczy. Większość czasu i tak spędzają w klubach, więc tam też muszą mieć warunki do rozwoju. Stąd spotkania trenerów, jak ostatnio w Kielcach, by zaradzić temu razem.

Mój pomysł jest prosty: chcę dawać szansę młodym talentom. Ale tylko wtedy, kiedy naprawdę będę widział ich zaangażowanie, chęć do gry, rozwoju i treningu. Niektóre dostają szansę i ją wykorzystują, inne nie, wtedy jest trudno. Jeśli są chęci, pomogę z całych sił. Ale koniec końców wszystko i tak zależy od nich.

No to muszę zapytać o 21-letnią Kingę Jakubowską, MVP Superligi za ten sezon. Dlaczego jej nie ma w reprezentacji, choć w lidze gra pierwsze skrzypce?

Kinga to bardzo interesująca zawodniczka, która faktycznie w lidze radziła sobie świetnie i chciałbym mieć ją w kadrze. Powołałem ją już na jedno zgrupowanie, ale to co dalej było decyzją jej i klubu, nie moją. Już podczas tego zgrupowania zmagała się z jakimś urazem i gdy wróciła dostaliśmy wiadomość z klubu, żeby nie powoływać dalej Kingi. O powody trzeba zapytać ją.

Ze swojej strony mogę powiedzieć, że wciąż na nią czekam, jeśli zdecyduje się wrócić. Dostanie nową szansę, ale musi sama tego chcieć. Nie będę naciskał. W tej sytuacji wszystko zależy od zawodnika. I przy okazji, jestem ciut zaskoczony, że nikt z mediów jak dotąd nie pytał mnie o nią. Inna sprawa, że okazji nie było za wiele.

(*Zgodnie z sugestią trenera – Kinga Jakubowska: – Cały ostatni sezon grałam z kontuzją. Cały czas czekałam na operację, nie mogłam normalnie trenować, grałam tylko w spotkaniach. Więc nie chodzi o to, że nie chciałam, ale po prostu nie byłabym w stanie wytrzymać obciążeń na kadrze, treningów dwa razy dziennie. Nie chciałam też zabierać komuś miejsca w reprezentacji i jechać nie będąc w pełni sprawną. Teraz jestem już po zabiegu, po rehabilitacji na pewno będę walczyć o miejsce u trenera Senstada.)

Fot. A.Starszyński / PressFocus

Wzorem Patryka Rombla w męskiej reprezentacji jest pan odpowiedzialny za współpracę wszystkich kadr narodowych. Jaki jest na to pomysł? 

Główne założenia są podobne jak u panów, czyli sprawienie, by wszystkie reprezentacje, począwszy od juniorek, grały podobnym systemem. Panowie mają jednak trzy SMS-y (Szkoły Mistrzostwa Sportowego – red.), my jeden. Wiem, że Patryk (Rombel – red.) robi tam super robotę. Ja dużo rozmawiam z trenerami młodszych reprezentacji, wprowadzamy wspólnie podobne treningi, taktykę, ale sądzę też, że powinni mieć dużo swobody.

Zauważyłem za to już, że polskie dziewczyny mają naprawdę dobrą technikę! Tylko fizycznie muszą trochę więcej pracować. Mamy pewne pomysły i wraz z innymi selekcjonerami będziemy je wprowadzać.

A jak pan organizuje skauting? Polki grają w przeróżnych ligach, trudno być na bieżąco ze wszystkim…

Staram się! Nie wszystkie mecze można zobaczyć w TV. Nie tylko w Polsce, ale za granicą też. Tutaj pomagają kluby, proszę o wideo i raczej nie ma problemów. Potem siadam i analizuję mecze. Czasem sam się na nie wybieram w Polsce, ale też np. mogę jechać do Francji i zobaczyć w jeden weekend kilka zawodniczek: Adę Płaczek czy Monikę Kobylińską. Rozmawiam z trenerami klubowymi, śledzę wyniki. Dużo pomaga mi mój asystent Reidar Moistad, który ma bardzo duże obeznanie w Superlidze. Do tego śledzi np. “Fabrykę bramkarek”.

“Odziedziczył” pan coś po poprzednim selekcjonerze, Leszku Krowickim? Rozmawialiście?

Nie, nigdy. Oczywiście widziałem wiele meczów reprezentacji pod jego wodzą, szukając możliwości poprawy, ale nie kontaktowaliśmy się. Jestem typem, który woli robić rzeczy po swojemu, nie lubię wielu głosów z zewnątrz co jest dobre, a co złe. Wolę dojść do tego sam. Nie miałbym jednak problemu, gdyby kolejny selekcjoner zapytał mnie o radę po przejęciu ekipy.

W Polsce spędził już pan trochę czasu. Podsumowując: coś na plus, coś na minus?

Więcej na plus. Przede wszystkim infrastruktura, w Cetniewie mieliśmy wszystko, czego chcieliśmy. Związek naprawdę o nas dba. Cieszy mnie jakość pracy wokół zespołu, mój sztab. A poza piłką ręczną? Zupy! Zakochałem się w polskich zupach!

Na minus? Język! Staram się uczyć polskiego, ale to szalenie trudne. Na razie “mówię dzień dobry, ale mało więcej”. Zaczynam kojarzyć słowa, ale wciąż biorę kursy. Nie pomaga, że okazji do trenowania polskiego mam mało, a przeczytałem, że to czwarty najtrudniejszy język świata do opanowania. Jeśli chodzi zaś o handball – choć nie jest to minusem – wiem, że czeka nas bardzo dużo pracy. Mówię o wszystkich: trenerach, zawodniczkach z pierwszej reprezentacji i tych uczących się w SMS-ie. Musimy się jeszcze sporo rozwijać, jeśli chcemy dołączyć do najlepszych. A chcemy.

Na naukę ma pan jeszcze trochę czasu. Kontrakt z ZPRP obowiązuje przez 4 lata, do igrzysk w Paryżu w 2024 roku. I to jest właśnie główny cel postawiony przed panem – wywalczenie olimpijskiej kwalifikacji. Ale tego nie dokonał jeszcze nad Wisłą nikt… 

Wiem. I wiem, że dla kibiców, trenerów i federacji jest to najważniejszy cel i ambitne wyzwanie. Mamy na to cztery lata, ale praca zaczęła się już tu i teraz. To nie będzie łatwe, bo miejsc jest mało, ale jeśli ma się udać, to każdy musi dać z siebie sto procent. Można powiedzieć, że czasu jest dużo, ale pracy do wykonania też. To cel długodystansowy.

***

rozmawiał Maciej Szarek (WP Sportowe Fakty, ZPRP.pl)

więcej na sportowefakty.wp.pl