Ponad siedem lat za granicą, trzy kraje i kilkadziesiąt historii, których nie dałoby się przeżyć, gdyby jako 19-latka nie zdecydowała się wsiąść w samolot do Kopenhagi. Paulina Uścinowicz bardzo szybko przekonała się, że gra w piłkę ręczną może być czymś więcej niż sportową karierą – może stać się sposobem na poznawanie świata i samej siebie. Dania, Francja i Niemcy nauczyły ją samodzielności, otwartości i tego, że inność nie musi dziwić, ale może inspirować. Choć jej życie od lat toczy się poza Polską, to właśnie tutaj, w Katowicach, wydarzy się w tym roku coś dla niej najważniejszego – Mistrzostwa Europy Kobiet 2026.
Paulina Uścinowicz to 26-letnia lewa rozgrywająca, wychowanka UKS Conrad Gdańsk, która szybko zwróciła na siebie uwagę trenerów młodzieżowych reprezentacji Polski. Kolejne kroki stawiała w Vistalu Gdynia, z którym w 2017 roku zdobyła mistrzostwo Polski, oraz Starcie Elbląg. W 2019 roku rozpoczęła zagraniczny etap, który trwa do dziś. Najpierw w Danii, potem we Francji, a od 2021 roku występuje w Niemczech. Po kilku przeprowadzkach obecnie jest zawodniczką Sport-Union Neckarsulm. W tym czasie zanotowała występy w Lidze Mistrzyń i Lidze Europejskiej.
W seniorskiej reprezentacji Polski zadebiutowała podczas mistrzostw Europy w grudniu 2020 roku. Niemal sześć lat później ma już 50 występów w biało-czerwonych barwach i 80 zdobytych bramek. Grała na EURO 2020 i 2024 oraz mistrzostwach świata 2023 i 2025, a teraz przygotowuje się do kolejnego dużego turnieju, czyli historycznych Mistrzostw Europy Kobiet 2026, które po raz pierwszy odbędą się m.in. w Polsce (WIĘCEJ).
Ostatnie sezony przyniosły również kolejny krok w jej rozwoju na poziomie klubowym. W sezonie 2024/2025 została królową strzelczyń 2. Bundesligi, zdobywając 154 bramki. Jej rola nie ogranicza się wyłącznie do gry w ataku. „Uścin” jest też bardzo ważnym ogniwem w defensywie, gdzie najczęściej występuje na środku obrony.
Jej poprzedni sezon klubowy zakończył się jednak przedwcześnie z powodu złamania kości śródręcza. Latem głównym celem była więc przede wszystkim rehabilitacja i powrót do pełnej sprawności. Teraz odbudowuje najwyższą formę, a w pierwszych czterech meczach nowego sezonu 1. Bundesligi zdobyła dziewięć bramek. Aktualnie z reprezentacją Polski przebywa w czeskim Chebie, gdzie bierze udział w turnieju towarzyskim. Zamykające zmagania spotkanie z Norwegią B zaplanowano na niedzielę na godz. 18.00.
Maciej Szarek, Związek Piłki Ręcznej w Polsce: Jak zdrowie?
Paulina Uścinowicz, rozgrywająca reprezentacji Polski i Sport-Union Neckarsulm: W trakcie meczu pod koniec tamtego sezonu, w maju, złamałam prawą rękę. Nieszczęśliwie, bo ominęły mnie trzy ostatnie kolejki. Okres przygotowawczy w tym roku musiałam zacząć więc z kontuzją, co wymusiło zmiany w moich treningach. W trakcie wakacji wszystko poszło jednak zgodnie z planem i rehabilitacja się już zakończyła.
Już w drugiej połowie sierpnia dostałam zielone światło od lekarza, że mogę wrócić do piłki ręcznej, a nie tylko biegać po stadionie. Na początek sezonu byłam już w pełni gotowa i moje dalsze występy nie są zagrożone. Mam jednak wrażenie, że ostatnie miesiące spędziłam w zasadzie tylko na stadionie bądź na siłowni. To byli ostatnio moi najlepsi przyjaciele (śmiech)! Fizycznie czuję się więc fantastycznie, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu z piłką, żeby wrócić do najwyższej formy.
Dwa pierwsze mecze turnieju w Chebie – ze Słowacją (28:29) i Czechami (25:27) – dały ci na to szansę?
Cieszę się, że po kontuzji znowu jestem na zgrupowaniu i w grze. Po takiej przerwie każda minuta i czas spędzony na parkiecie są dla mnie szczególnie ważne. Latem byłam z zespołem na zgrupowaniu w Szczyrku, ale ze względu na kontuzję moja rola była wtedy trochę inna. Wiem, że jeszcze trochę mi brakuje i nie wszystko funkcjonuje już tak, jakbym chciała, nie we wszystkim czuję się jeszcze w pełni pewnie, ale fajnie było zobaczyć w warunkach meczowych, że niektóre rzeczy już działają i wracają na właściwe tory. Mamy jeszcze kilka tygodni do kolejnego zgrupowania i około dwóch i pół miesiąca do mistrzostw, więc będę dalej pracować, aby w grudniu być w jak najlepszej formie. To samo dotyczy całej drużyny. Na tym etapie wyniki nie są jeszcze najważniejsze. To właściwie ostatni moment, żeby sprawdzać nowe rozwiązania i różne warianty gry. W październiku, kiedy spotkamy się w Katowicach z Islandią, będzie już trochę inaczej (WIĘCEJ NT. MECZU POLSKA – ISLANDIA).
Na tle koleżanek z kadry twoja droga do roli jednej z liderek reprezentacji wydaje się być niepowtarzalna. Kiedy wyjeżdżałaś z Polski do Kopenhagi w wieku 19 lat, traktowałaś ten ruch jako naturalny krok w karierze czy zaryzykowałaś?
Jako młoda zawodniczka zawsze wyobrażałam sobie, że będę grała za granicą. Że będę miała takie życie, że będę w wielu miejscach, będę miała znajomych z różnych krajów i to będzie normalne, że kiedy polecę do Barcelony, to będę mogła zadzwonić do koleżanki, która akurat tam mieszka. To było moje wielkie marzenie i dokładnie tak to teraz u mnie funkcjonuje, ale droga do tego miejsca nie była usłana różami.
W tym roku zaczęłam swój ósmy sezon za granicą. Na co dzień tego nie czuję, ale kiedy ostatnio to do mnie dotarło, uświadomiłam sobie, ile czasu już minęło i ile się w tym czasie zmieniło. Jestem już inną zawodniczką, ale przede wszystkim innym człowiekiem.
Zacznijmy od początku i pierwszego transferu, do København Håndbold, latem 2019 roku.
Z perspektywy czasu myślę, że to był bardzo odważny krok, choć wtedy wydawało mi się to naturalnie potrzebne. Po prostu nie widziałam innej opcji. Teraz uważam, że może było to nawet trochę szalone i zastanawiam się, jak w ogóle dałam sobie radę (śmiech)!
Początek był bardzo trudny. Przyleciałam z dwiema walizkami i nagle zostałam zupełnie sama. Jeśli trzeba było się odezwać i coś załatwić, trzeba było zrobić to po angielsku. Nie było mamy, nie było taty, babci czy dziadka. Wysiadłam z samolotu, dostałam klucze i pojechałam do nowego domu.
Szybko się odnalazłaś w nowej rzeczywistości?
Moja młodsza siostra (Lena Uścinowicz – red.), która teraz wyjechała na swój pierwszy sezon poza domem (trafiła na wypożyczenie do Pogoni Szczecin – red.), niedawno powiedziała: „Boże, ja naprawdę nie wiem, jak Paulina dała radę sama w moim wieku w innym kraju”. Ja chyba wtedy nie byłam do końca świadoma, co właściwie robię, że to jest tak duży i trochę nieodwracalny krok w całym życiu. Wiadomo, mogłabym wrócić, ale mam wrażenie, że kiedy już staniesz za granicą i wejdziesz w piłkę ręczną w innym kraju, nie jest łatwo wrócić i przyjąć pewną porażkę. Ja też nie jestem z tych, które szybko się poddają, więc powiedziałam sobie, że dam radę. I tak minęło już ponad siedem lat.
Dobrze pamiętam mój pierwszy powrót z kadry B. Wracałyśmy akurat z Trondheim z przesiadką w Kopenhadze. Dziewczyny leciały dalej do Warszawy, a ja musiałam wysiąść i pójść do domu. Płakałam tak, że nie mogłam wyjść z lotniska, bo chyba jeszcze do mnie nie docierało, że Kopenhaga jest rzeczywiście moim nowym domem. Kiedy już to przetrawiłam, było coraz łatwiej.
Otworzyła się przed tobą olbrzymia szansa.
To prawda. Trafiłam do bardzo dobrego zespołu, bo kiedy przychodziłam do Kopenhagi, były one brązowymi medalistkami ligi duńskiej. Miałam w klubie reprezentantki wielu krajów. W tamtym czasie ja też byłam reprezentantką Polski, ale młodą, dopiero wchodzącą do kadry, a tam były dziewczyny, które miały już kilka mistrzostw na swoim koncie. Pierwszy trening to było duże „wow”. Nagle moje rzuty broniła Johanna Bundsen, jedna z najlepszych bramkarek na świecie, a teraz moja koleżanka klubowa. Zobaczyłam, jak funkcjonują zawodniczki, które do tej pory widziałam tylko w telewizji. Myślę, że to właśnie ten rok w Kopenhadze był kluczowy dla moich dalszych losów, bo poznałam piłkę ręczną z zupełnie innej perspektywy.
12 miesięcy później byłaś już jednak we Francji, w podparyskim Orleanie i barwach Fleury Loiret Handball.
Francja była najdalej od domu, przeokrutnie daleko. Z rodziną widywałam się rzadko, a w tym czasie przypadł też COVID, więc półtora roku spędzone tam były kolejną mocną lekcją życia. Cieszę się, że trafiłam do nowej ligi, choć moja rola skupiała się głównie na grze w obronie. Wcześniej występowałam po obu stronach boiska i bardzo to lubiłam. Zyskałam więc w tym czasie dużo doświadczenia w defensywie, ale też uświadomiłam sobie, jaką zawodniczką chcę być. Chcę grać zarówno w ataku, jak i w obronie, bo wtedy czuję, że mogę dać drużynie najwięcej.
Były też wspaniałe momenty. Z klubu miałam godzinę drogi od Paryża, więc w wolną niedzielę po meczu często wsiadałam w samochód i jechałam. Z czasem chodziłam po Paryżu tak, jak kilka lat wcześniej po Gdańsku. Rodzice dzwonili i pytali: „Co robisz?”, a ja siedziałam akurat pod wieżą Eiffla. Wtedy po raz pierwszy myślałam sobie: “Gdybym nie grała w piłkę ręczną, nigdy nie miałabym okazji tego przeżyć i nazywać Paryża trochę swoim domem”.
Drugi raz pomyślałam w ten sposób o swojej karierze niedawno, kiedy byłyśmy na Islandii z reprezentacją Polski. Bardzo krótko, zaledwie dwa dni, ale wcześniej nie było mi po drodze na Islandię. Teraz już wiem, że jeśli tylko będę miała jakiś wolny czas – a nie ma go za dużo – to na pewno jest to jedno z miejsc na mojej liście, do którego trzeba pojechać na dłużej, a odkryłam je właśnie dzięki piłce ręcznej.
Z Francji w 2021 roku trafiłaś do Niemiec, do Dortmundu. Było Göppingen, ważne lata spędziłaś m.in. w HSV Solingen, aż w końcu przyszedł czas na transfer do Neckarsulm przed sezonem 2025/2026.
Gra w Solingen to drugi taki moment, który ukształtował moją karierę. Przez bite dwa lata grałam po 60 minut. Nigdy nie zbierzesz takiego doświadczenia, będąc trochę na ławce, a trochę na boisku. Stabilne granie i rola w zespole, którą miałam jako liderka, nauczyły mnie bardzo dużo. Wspominam siebie wtedy jako zawodniczkę w najlepszym momencie pod względem mentalnym i pewności siebie.
Musiałam też wtedy podjąć bardzo trudną decyzję. Pierwszy sezon spędziłyśmy w 1. Bundeslidze, ale trafiłyśmy nieszczęśliwie, bo po zmianie przepisów szybko spadłyśmy. Zastanawiałam się, czy utrzymać kontrakt. Ostatecznie postanowiłam, że zostanę i będę lojalna wobec klubu. I całe szczęście. To miejsce okazało się naprawdę fantastyczne dla mnie i nie żałuję tej decyzji, bo skończyłam kolejny sezon z tytułem MVP 2. Bundesligi i królowej strzelczyń. Pod kątem indywidualnym nie mogło być lepiej.
W pewnym momencie poczułam jednak, że żeby zrobić kolejny krok, muszę trenować z coraz lepszymi zawodniczkami i rywalizować o miejsce w składzie na wyższym poziomie. Solingen nadal występował w drugiej lidze, a ja chciałam grać w 1. Bundeslidze i mierzyć się na co dzień z lepszymi zawodniczkami. W Neckarsulm dobrze się czuję i cieszę się, że podjęłam tę decyzję.
Sport-Union Neckarsulm to twój kolejny klub w karierze, mimo że zdecydowanie nie można zaliczyć cię do grona weteranek. Wszystkie transfery były podyktowane twoim wyborem?
Zdecydowanie nie. Kibice najczęściej nie znają całej historii i nie zdają sobie sprawy z tego, że w naszych życiach dzieją się bardzo często rzeczy niezależne od nas, które decydują o naszych ruchach w pewien sposób za nas. Były kluby, w których chciałabym spędzić o wiele więcej czasu, ale do tego musi się zgrać dużo rzeczy.
Taka jest specyfika naszej pracy, że tak naprawdę nigdy nie wiemy, co się wydarzy. I pod względem finansowym, i sportowym. Nie chcę powiedzieć, że ciągle żyjemy w stresie i nie wiemy, co będzie jutro, ale czy któraś z nas może z pełnym przekonaniem powiedzieć, co będzie za rok, dwa? Czy klub dalej będzie funkcjonował, czy w klubie będą cię chcieli, jakie będą transfery i jaki będzie trener?
Czasami jest tak, że podpisujesz dwu- czy trzyletni kontrakt, a w jego połowie zmienia się trener i okazuje się nagle, że ten nowy ma trochę inną wizję i może już niekoniecznie pasujesz do jego planu…
Dzięki grze w tylu miejscach inaczej patrzysz na piłkę ręczną i nie tylko?
Na pewno. Poznałam piłkę ręczną z całkiem innej perspektywy i nie chodzi tylko o poziom zawodniczek, ale też różne narodowości i różne kultury piłki ręcznej. Bardzo dużo się nauczyłam, obserwując najlepsze i najbardziej doświadczone zawodniczki, z którymi grałam. Ważne są też znajomości, które mam z zawodniczkami z różnych krajów i różnych kadr. Na co dzień wymieniamy się historiami: jak to funkcjonuje u was, jak u nas. To na pewno uczy. Gdybym grała w Polsce przez cały czas, na pewno nie doświadczyłabym tego i nie miałabym tej perspektywy.
Czego nauczyłaś się od Dunek, Francuzek i Niemek?
W Skandynawii zobaczyłam, jak ważne jest przygotowanie fizyczne. Już w Polsce, grając w Gdyni z trener Agnieszką Truszyńską, miałam z tym do czynienia, bo ona stawiała na to jako priorytet, ale dopiero kiedy wyjechałam do Danii, zobaczyłam, jak to rzeczywiście funkcjonuje na takim poziomie. Przykładowo, kiedy w Danii kończyłyśmy mecz, a ktoś nie grał, to szłyśmy od razu na siłownię albo biegać. Jest dzień wolny następnego dnia po meczu i o dziewiątej rano pięć czy sześć osób jest na siłowni. To jest tam zupełnie normalne.
Wtedy zobaczyłam, jak ważne jest to, o czym w Polsce jeszcze się wtedy nie rozmawiało. Dopiero kiedy Arne Senstad przyjechał do Polski siedem lat temu, trochę zmienił tę wizję i nasze podejście. Kiedy ja wyjeżdżałam, to dopiero były jego początki i myślę, że wiele osób nie miało tej świadomości. Ja przeżyłam po prostu szok w Danii, bo dla nich było to zupełnie naturalne, a dla mnie coś, czego w Polsce jeszcze nie widzieliśmy. Teraz ta świadomość bardzo się zwiększyła, patrząc też na to, jak funkcjonuje nasza kadra, ale kiedy wyjeżdżałam, to był wielki szok, bo kiedy Arne przychodził, na początku większość osób mu po prostu nie wierzyła, że tak to może funkcjonować.
Francuzki z kolei są bardzo dobrze wyszkolone indywidualnie. Mają też inną fizyczność, taką wrodzoną. W Skandynawii po prostu trenuje się od urodzenia i czasem się śmiejemy, że oni się rodzą i od razu idą na trening, a Francuzki mają w sobie to coś, taką kreatywność, dzięki której kadra funkcjonuje na najwyższym poziomie od lat. Przede wszystkim imponuje mi ich indywidualna technika. Podpatrywanie tego, jak one to robią, również pozwala się rozwijać.
Niemki z kolei stawiają na trening w hali ponad wszystko. To znowu kultura treningu, ale bardziej z piłkami. W Neckarsulm mam siedem treningów w hali tygodniowo, podczas gdy w Danii było ich pięć. Zamiast biegać, Niemki zdecydowanie wolą jeszcze raz pójść na halę i zrobić coś z piłką.
W jakimkolwiek z tych miejsc poczułaś się choć trochę jak w domu? Zawsze przypomina mi się w takim momencie fragment autobiografii tenisisty Andre Agassiego, który pisał o „niedomach”, w których mieszkał podczas turniejów na całym świecie, bo ciągle miał poczucie, że to wszystko ma termin ważności.
Mogę się z tym zgodzić w dużym stopniu, bo mam świadomość za każdym razem, że na przykład mieszkanie jest tylko na jakiś czas. Podczas dwóch lat w Solingen, kiedy poznałam naprawdę bliskie przyjaciółki, dały mi one jednak poczucie domu. Kiedy tam wracałam, czułam przez te dwa lata, że wracam do siebie. Może nie do domu, nie do rodziny, ale do bliskich sobie ludzi. To było świetne uczucie. Teraz w Neckarsulm jest podobnie. To znów zasługa osób, które też dały mi takie poczucie, że kiedy wracam, to ktoś tam na mnie czeka, ktoś odbierze mnie z lotniska.
Relacje z najbliższymi to cena takiego stylu życia?
Potrafi być trudno, ale po siedmiu latach nauczyłam się, że da się z tym żyć. Być może to już kwestia przyzwyczajenia, a być może tego, że zaczęłam widzieć także… plusy.
Z jednej strony jest dystans i nie jest już tak samo z rodziną i bliskimi z Polski, ale z drugiej strony w moim życiu pojawili się nowi bliscy poznani za granicą. Nowe przyjaźnie, nowe osoby, które stały się częścią mojego codziennego życia, to jest coś wyjątkowego. Wcześniej nie wyobrażałabym sobie, że jedne z pierwszych telefonów, które wykonuję, kiedy coś się dzieje, są do dziewczyn, które poznałam za granicą. A jednak tak właśnie jest teraz i to też jest super.
Oprócz tego, za każdym razem, kiedy teraz wracam do Polski, czuję potrójną czy poczwórną radość z tego, że mogę odwiedzić rodzinę i jeszcze bardziej doceniam ich obecność. Kiedy gramy mecz reprezentacji w domu, świadomość, że oni w końcu będą na trybunach i będzie można ich zobaczyć, jest cudowna.
Są jednak i takie chwile, kiedy wracam do Polski na wakacje między sezonami i nagle przypominam sobie, że cała moja rodzina i znajomi żyją przecież w tym czasie swoim normalnym życiem. Trzeba porównać kalendarze i spróbować wszystkich wcisnąć, żeby z każdym się zobaczyć.
Gdybyś mogła cofnąć się te siedem lat, jeszcze raz wsiadłabyś w samolot do Kopenhagi?
To była najlepsza decyzja w moim życiu. Nie żałuję ani jednej przepłakanej nocy, bo wydaje mi się, że to mnie bardzo ukształtowało. Gdybym tego nie zrobiła i gdybym się poddała, nie zobaczyłabym tyle, ile zobaczyłam, nie poznałabym tylu osób, a nikt już mi nie zabierze tych wspomnień. Myślę więc, że warto. Będzie ciężko, nie będę kłamać, ale warto.
Bardzo doceniam i dziękuję też za to, że zawsze wiedziałam, że moja rodzina za każdym razem, kiedy będzie mogła, będzie starała się pomóc. Mama zawsze powtarzała mi przez telefon: „Zadzwoń tylko i przyjedziemy po ciebie od razu, jak będzie trzeba”. Ale ja powiedziałam sobie, że wyjdzie na pewno.
Z tego, co wiem, klubowe podróże ci jednak nie wystarczają i regularnie zaskakujesz koleżanki zdjęciami z nietypowych kierunków. To prawda?
Tak (śmiech)! Nie wiem, czy to dlatego, że jestem na co dzień za granicą i przez to mam wrażenie, że jest mi bliżej do innych miejsc, niż gdybym była w Polsce, ale kiedy mam wolną chwilę, już zastanawiam się, co można zrobić. W Polsce pewnie częściej wracałabym do domu.
Wszystko zaczęło się jednak wcześniej, dzięki moim dziadkom. To właśnie z nimi zwiedziłam połowę miejsc, które mam na swoim koncie do tej pory. Co roku w wakacje jeździłam z nimi na dwa tygodnie, dokładnie tak samo, jak robię to teraz – tydzień leżenia, tydzień zwiedzania. Z nimi widziałam Hiszpanię, Maroko, Turcję, Grecję czy Egipt, więc myślę, że ta pasja do podróży została mi też z dzieciństwa.
Najbardziej pamiętna podróż nie w celach służbowych?
Zdecydowanie Brazylia. To był też moim zdaniem najbardziej szalony wyjazd do tej pory. Jestem kompletnie zakochana w Rio de Janeiro i myślę, że szybko się nie odkocham. To miejsce ma wszystko, czego mi potrzeba, dlatego byłam tam już dwa razy. Uwielbiam też greckie wyspy. Na Santorini byłam trzy razy.
Czego nauczyły cię te wszystkie podróże?
Myślę, że ogólnie wyjazdy zmieniły mnie bardzo mocno. Po pierwsze, jestem bardziej samodzielna. Po drugie, jestem bardzo otwarta i tolerancyjna. Poznałam najróżniejsze osoby z różnych kultur, narodowości i wyznań, ludzi żyjących w zupełnie inny sposób. To dało mi takie poczucie, że inność dla mnie jest to całkowicie normalna. Chyba nie ma już rzeczy, która by mnie zdziwiła. Każdy jest dla mnie w jakiś sposób indywidualny i ciekawy. Żyję w takim przekonaniu, że każda osoba, którą poznaję, jest dla mnie inspirująca. Nie oceniam już, tylko myślę sobie: „Kurde, jak fajnie, że ktoś to widzi inaczej”. To jest świetne.
Uśmiech nie schodzi ci z twarzy, kiedy o tym mówisz.
Bo uwielbiam tę wersję Pauliny! Myślę, że każdy tak powinien funkcjonować – nauczyć się tej otwartości i zrozumienia. Każdy powinien być sobą. Poznając inne osoby, chyba uczymy się właśnie tego, żeby być sobą. Żeby po prostu być szczęśliwym. Nieważne, skąd jesteś i jaki jesteś. Po prostu bądź sobą.
W tym roku będzie jednak nieco więcej czasu, żeby pobyć w domu. W grudniu czekają was Mistrzostwa Europy Kobiet 2026, które po raz pierwszy w historii odbędą się w Polsce, w Katowicach. Z twojej perspektywy pewnie nuda…
Nawet tak nie żartuj (śmiech)! Wszystko w tym turnieju jest bardzo ekscytujące! Każde mistrzostwa to wielkie emocje i odliczanie, aż w końcu turniej się zacznie. Na to się czeka cały rok! Z naszej perspektywy sezon klubowy ma swoje prawa i funkcjonuje trochę inaczej, ale sezon kadrowy to tak naprawdę jedno wielkie czekanie na grudzień, na tę najważniejszą imprezę.
To, że w tym roku gramy w Polsce, to wielka sprawa. Z naszego zespołu nikt jeszcze nie miał takiej możliwości, więc to jest sytuacja, która może zdarzyć się raz w karierze. Każdy mecz w Polsce, nieważne, czy towarzyski, czy eliminacyjny, to zawsze inna atmosfera, inne emocje i wielka duma, że jesteśmy wśród swoich, że śpiewamy razem hymn. Ale mistrzostwa we własnej hali to coś jeszcze większego. Naprawdę nie mogę się doczekać.
Oprócz tego, ten miesiąc spędzony u nas, w domu, będzie niesamowitą okazją, żeby pobyć trochę z bliskimi, zjeść polskie jedzonko, posłuchać polskiego języka, zobaczyć rodzinkę i razem z nimi przeżyć taki turniej. To będzie super czas, jestem tego pewna.
Na który moment czekasz najbardziej?
Myślę, że właśnie na pierwszy hymn zaśpiewany w Spodku razem z kibicami. Dla mnie Mazurek Dąbrowskiego jest zawsze wzruszający, szczególnie kiedy gramy w domu i śpiewają razem z nami kibice, rodzina i znajomi.
Do tej pory o Spodku słuchałyśmy tylko w kontekście innych wydarzeń sportowych, a same nie miałyśmy tej przyjemności, żeby tam wystąpić. Zagrać taką imprezę, w takiej hali, przy tylu kibicach i być może ze wsparciem takiego szczęścia, które ta hala przyniosła innym Polakom w przeszłości, to będzie coś niesamowitego i wyjątkowego. Kiedy wyobrażam sobie pełną halę polskich kibiców śpiewających z nami Mazurka przed meczem z Francją, to już mam ciarki.
Masz już swoje nadzieje i cele na ten turniej?
Myślę, że to już wybrzmiało w wielu wywiadach, że marzymy o czołowej ósemce i to nie jest żadna tajemnica. Jesteśmy też w pełni świadome, że to będzie trudne zadanie. Poziom w Europie i na świecie mocno się wyrównał, każda impreza to bardzo trudne zawody, podczas których nie ma już słabych zespołów. To jednak nie zmienia naszych ambicji i marzeń.
Chciałabym, żebyśmy powalczyły o nasze marzenia. Patrząc na to, że przez ostatnie lata byłyśmy coraz wyżej na dużych turniejach, widać progres naszej drużyny i dobre perspektywy. Chciałabym, żebyśmy osiągnęły jak najlepszy wynik, ale też żebyśmy miały możliwość rozpromować naszą dyscyplinę. Życzę nam wszystkim, żeby na trybuny przyszło dużo ludzi, którzy zainteresują się piłką ręczną i zobaczą, że to bardzo atrakcyjny sport, który potrafi dać wiele radości.
Jak chciałybyście zostać zapamiętane po zakończeniu EURO?
Stawiamy sobie za cel, żeby kibice, którzy nigdy nas nie widzieli, ale również ci, którzy są z nami od dłuższego czasu, zapamiętali nas jako waleczną drużynę. Miałyśmy już takie rozmowy z dziewczynami w szatni, że marzenia sportowe to jedna rzecz, która nie zawsze w 100% zależy od nas, bo wpływa na nie losowanie i tym podobne, ale żeby nikt nam nigdy nie mógł zabrać tego po turnieju, że nie walczyłyśmy do końca. Chcemy, żeby inne zespoły, wychodząc przeciwko nam na parkiecie, myślały sobie: „Kurde, z nimi to będzie ciężko”. Naprawdę, nie trzeba nas motywować przed tą imprezą.
7 grudnia, podczas drugiego meczu fazy grupowej przeciwko Ukrainie, przypadnie dokładnie 6. rocznica twojego debiutu w kadrze narodowej, który miał miejsce w trakcie… Mistrzostw Europy 2020. Pamiętasz ten moment?
Jak dziś. Przyjechałam na przygotowania do Koszalina i było nas ponad 20. Marzyłam o debiucie, ale chyba nie śniło mi się, że mogłabym pojechać na EURO. Poszłam na spotkanie z trenerem dwa dni przed wyjazdem i dowiedziałam się, że jestem w składzie i lecę do Danii. Wow. To była dla mnie wielka sprawa.
Wtedy byłam jednak zupełnie inną zawodniczką. Miałam zaledwie 20 lat, to były moje początki grania z najlepszymi dziewczynami w zagranicznych klubach, więc to był zupełnie inny czas w mojej karierze i inna rola. Pamiętam, że w dwóch pierwszych meczach byłam na trybunach, ale wspominam to jako najlepsze doświadczenie, bo mogłam zobaczyć i poobserwować turniej z boku i przeżyć te emocje z drużyną. W trzecim meczu, kiedy znalazłam się już w szesnastce i na ławce, to był zupełnie inny wymiar dumy, spełnienia i wzruszenia. W tamtym momencie po prostu nie mogło być lepiej.
Grudniowe EURO będzie inne?
Mistrzostwa w 2020 roku były przede wszystkim wielkim wyróżnieniem dla mnie ze strony trenera, że jako młoda zawodniczka dostałam taką szansę. Nie byłam jednak wtedy zawodniczką, która mogłaby wyjść na boisko i coś realnie zmienić. Później były mistrzostwa świata w 2023 roku, gdzie w zasadzie grałam tylko w obronie. Teraz jestem zawodniczką, która gra zarówno w ataku, jak i w obronie, więc na pewno moja rola jest trochę większa. Czuję, że jestem w kadrze ważną postacią i regularnie mogę w niej grać, z czego się bardzo cieszę.
Co będzie największą siłą naszej drużyny na EURO?
Myślę, że naszą siłą jest to, że nie mamy jednej liderki, że jeśli jej nie będzie, to koniec świata. Jest wiele dziewczyn, które grają na coraz wyższym poziomie za granicą albo w najlepszych klubach polskiej Superligi i mogą wziąć na siebie ciężar gry, co jest bardzo dobre dla drużyny.
Jesteśmy grupą, w której każda zna swoją rolę. Wiadomo, ktoś gra mniej, ktoś gra więcej, ale każda jest ważna. Nie gramy w sporcie indywidualnym, więc choćby to było 5, 10 czy 15 minut, każda jest istotną częścią zespołu. Bez tej piętnastej czy szesnastej zawodniczki w protokole drużyna nie funkcjonowałaby tak samo.
***
Ostatnie spotkanie w ramach turnieju w Chebie reprezentacja Polski rozegra w niedzielę 27 września o godz. 13.00 przeciwko Norwegii B. Wszystkie mecze są dostępne na żywo za pośrednictwem oficjalnej platformy Czeskiej Federacji Piłki Ręcznej pod adresem hazena.tv.
Mistrzostwa Europy Kobiet 2026 rozpoczną się 3 grudnia, a wszystkie mecze Biało-Czerwonych odbędą się w katowickim Spodku. To właśnie w tym obiekcie rozegrany zostanie również cały weekend finałowy turnieju.
Polki poznały już swoje grupowe rywalki. W fazie wstępnej zmierzą się z Francją, Ukrainą i Wyspami Owczymi. Pierwszy mecz turnieju rozegrają 5 grudnia o godz. 18:00 z Francuzkami. Kolejne spotkania czekają je 7 grudnia z Ukrainą i 9 grudnia z Wyspami Owczymi, także o godzinie 18.00. Bilety można nabywać pod adresem: tickets.eurohandball.com.
Poznaj więcej reprezentantek:
Joanna Gadzina. Nie sądziła, że jeszcze zagra w reprezentacji, choć rzuciła bramkę w meczu o brąz MŚ
Magda Balsam. Dąży do wielkości na przekór wszystkiemu
Dagmara Nocuń. Walka o powrót do kadry po półrocznej przerwie od piłki ręcznej
Zuzanna Zimnicka. Rewelacja kadry młodzieżowej wdziera się na salony
Dominika Więckowska. Odważny krok i wyjście z cienia siostry
Karolina Jureńczyk. Niespodziewany transfer otworzył nowy rozdział







