Strona główna | Seniorki | Kinga Grzyb: Harowałyśmy jak nigdy

Kinga Grzyb: Harowałyśmy jak nigdy

 

Kinga Grzyb, skrzydłowa i jedna z najbardziej doświadczonych zawodniczek reprezentacji Polski, w rozmowie z Przeglądem Sportowym odpowiedziała na pytania dotyczące wpływu pandemii koronawirusa na sport, przebiegu niedawnego zgrupowania kadry narodowej oraz grudniowych finałów mistrzostw Europy z udziałem Biało-Czerwonych.

Fot. A.Starszyński / PressFocus / archiwum ZPRP

Pandemia koronawirusa bardzo odbiła się na środowisku sportowym. Kibice powoli wracają na trybuny, czy w pani ocenie pełnią dużą rolę podczas meczów?

Nie wyobrażam sobie meczu bez wsparcia fanów z trybun. Ich doping wyzwala dodatkową mobilizację. Podczas spotkań wyjazdowych, kiedy czujesz, że kibice są przeciwko twojej drużynie, grasz lepiej, by utrzeć im nosa. Mam nadzieję, że podczas naszych meczów ligowych w halach w nadchodzącym sezonie ich nie zabraknie. Chociaż wszystko należy robić z rozsądkiem, bo na pierwszym miejscu jest zdrowie.

Wiosna była wyjątkowo trudna dla wszystkich…

Od początku pandemii przestrzegałam zaleceń i denerwowali mnie ludzie, którzy nawet w sklepach nie nosili maseczek i rękawiczek. Po prostu bałam się o zdrowie najbliższych i swoje. Teraz znoszone są kolejne obostrzenia. Nie dziwię się, że społeczeństwo z tego poluzowania korzysta, skoro jest przyzwolenie.

Jednak podczas zgrupowania reprezentacji przestrzegano wszelkich zasad bezpieczeństwa. Na początku czerwca każda z kadrowiczek przyjechała do COS w Cetniewie z potwierdzeniem, że jest zdrowa. Jak wyglądała cała procedura?

Po pierwsze, przed przyjazdem każda z nas musiała mieć negatywny wynik badań na koronawirusa. Zanim weszłyśmy do ośrodka zmierzono nam temperaturę, potem przebadał nas lekarz. Wszystko przebiegło bardzo sprawnie. Mieszkałyśmy w pojedynczych pokojach. Z tego co słyszałam, to zawodnicy reprezentacji mężczyzn, która od piątku trenuje w Cetniewie, mieszkają już w dwójkach. W swoim towarzystwie mogłyśmy nie nosić maseczek – to byłby absurd, skoro trenowałyśmy w pełnym kontakcie – ale pracownicy COS je mieli.

Selekcjoner Arne Senstad nie zastosował wobec was taryfy ulgowej. Faktycznie było tak ciężko?

Najpierw z radością przyjęłam informację o zgrupowaniu kadry, bo przecież ile można siedzieć w domu. Harowałyśmy od pierwszego dnia. Nie było łagodnego wprowadzenia, tylko od razu trening z grubej rury. Było dużo biegania, więc zmęczenie było ogromne. Ale nie ma co narzekać, bo przecież wakacje, mimo że przymusowe, już były. Z kolei w niedzielę po ostatnim treningu przyszła radość, bo ta ciężka praca na pewno przyniesie pozytywny efekt. Zresztą niedługo dostanę wytyczne w kwestii treningów z klubu (Metraco Zagłębia Lubin – przyp. red.), a w lipcu rozpoczniemy przygotowania do sezonu PGNiG Superligi.

Pozostańmy jeszcze przy reprezentacji. Zgrupowaniem w Cetniewie rozpoczęłyście przygotowania do grudniowych finałów mistrzostw Europy. Rozmawiała pani z koleżankami na temat tego turnieju?

Bardzo byśmy chciały wyjść z grupy i to nasz pierwszy cel. Chcemy stawiać krok po kroku. Mówienie, że jedziemy po medal byłoby nierozsądne, bo nie należymy do faworytów, a każde spotkanie w imprezie będzie bardzo trudne.

W czwartek losowanie grup finałowych ME. Trafiłyście do czwartego koszyka obok Chorwacji, Czech i Słowenii. W pierwszym są Francja, Rosja, Holandia i Rumunia, w drugim – Norwegia, Dania, Szwecja i Węgry, a w trzecim – Hiszpania, Serbia, Czarnogóra i Niemcy. Pani wymarzone rywalki w pierwszej rundzie to…

Z pierwszego koszyka najsłabsze wydają się Rumunki. Jednak drugim wyborem są Francuzki, które co prawda bronią tytułu z 2018 roku, ale nie poszło im najlepiej w MŚ 2019 (13. miejsce) i całkiem niedawno z nimi wygrałyśmy. Rosjanek i Holenderek chciałabym uniknąć. Z następnego koszyka wybrałabym Szwedki, a na zespoły gospodarzy, czyli Danii i Norwegii, wolałabym trafić później. Z kolei z trzeciego w teorii najwięcej szans miałybyśmy chyba z Niemkami, bo Hiszpanki to wicemistrzynie świata. Za kilka dni będziemy mądrzejsi.