Alfreda Ograbek

Freda, po co ci pięć palców i tak jesteś dobra … *

Od początku wcale nie byłam piłkarka ręczną. Do AZS Katowice trafiłam w październiku 1949 roku i zakotwiczyłam w sekcji siatkówki. Traf chciał, że wkrótce miał się odbyć jednak pierwszy mistrzowski mecz w piłkę ręczna siedmioosobowa i natychmiast należało zorganizować zespół. No to  zorganizowano. W tamtych latach nikt nie robił wielkich problemów, nie było na to najzwyczajniej czasu.

Na mecz do Nowego Bytomia pojechałyśmy z trenerem, byłym zawodnikiem grającym w „jedenastkę”, nieżyjącym już Janem Sidełko. W czasie rozgrzewki, po licznych rzutach na bramkę, zmieniłam na tej pozycji Bożenę Bilińską, późniejszą żonę reprezentanta Polski w piłce ręcznej „jedenastoosobowej” Wiktora Garcorza. Weszłam między słupki i tak już między nimi zostałam, grając zarówno w „jedenastkę”, jak i w „siódemkę”. Broniłam w reprezentacji narodowej  od 1953 do 1962 roku. Trzy lata później opuściłam pole walki, tak pole walki, bowiem w bramce trzeba walczyć by osiągnąć mistrzostwo. Siatkówka poszła, po tej pierwszej przygodzie ze szczypiorniakiem, w zapomnienie.

Az cztery bramkarki powołano na pierwsze zgrupowanie kadry narodowej w piłce ręcznej jedenastoosobowej. Ja chyba pojechałam tam ze względu na swój wzrost. Oprócz mnie były tam  Elżbieta Wons z chorzowskiego Ruchu, niższego wzrostu, ale bardzo dobra  oraz dwie bramkarki z Opola. Na pierwszy wyjazd reprezentacji w lipcu 1953 roku do Rumunii pojechałam, jako druga bramkarka po wspomnianej Wons. 

Później nadeszły dni treningów indywidualnych pod okiem  Joachima Szołtyska, byłego naszego zawodnika, bramkarza. Oj, dostawałam wówczas w kość, nierzadko płakałam po treningu. Następnymi moimi indywidualnymi trenerami byli  Jerzy i Paweł Tilowie oraz Zdzisław Weiss. Muszę przyznać, że żaden z nich mnie nie oszczędzał, może właśnie dlatego miałam bogatą i długoletnią karierę bramkarki. Mówiono o mnie, że jestem nie do zdarcia, bo mimo licznych kontuzji, na przykład łąkotki obu nóg, liczne wybicia i złamania palców u rąk, nie poddawałam się. Kibice często pytali: co Freda dzisiaj wyciągnęła z gipsu, palec czy nogę ?. 

Wspomniałam już o pierwszym wyjeździe do Rumunii na międzynarodowy turniej z udziałem z udziałem zespołów kobiet i mężczyzn. Oprócz naszych reprezentacji wystąpiły Niemki z byłej NRD i reprezentacje Rumunii Przed wyjazdem selekcja była bardzo ostra, nikt z nas nie był pewny czy się „załapie” do składu. Również podróż przebiegała z przygodami, a trwała aż 48 godzin. Już na terenie Rumunii czekałyśmy prawie dobę na pociąg z NRD, którym jechały nasze przeciwniczki a nasz wagon był dołączony do tego składu. Pomimo nieznajomości języka spotkanie z rywalkami obfitowało w wiele radosnych , ba komicznych sytuacji.

Na szczęście nie grałyśmy pierwszego dnia, wiec mogłyśmy odpocząć po trudach podróży i co najważniejsze przyjrzeć się, jaki poziom reprezentują nasze rywalki na boisku. Dla mnie sporym przeżyciem było obejrzenie w Rumunii meczu rugby. Coś takiego widziałam pierwszy raz w życiu i dokładnie pamiętam, że Rumunia rywalizowała z Francją . Wielotysięczny tłum na stadionie wręcz szalał. Ten mecz nie był dla nas bez znaczenia, pobudził w nas ambicję i wolę walki. Niestety, mimo, że nie sprzedałyśmy tanio skóry, drużyny przeciwniczek były, jeszcze wówczas, od nas lepsze. Dla mnie najważniejszym spotkaniem był mecz z Rumunią, który przegraliśmy 0:1. Gralo mi się świetnie, zwycięsko wychodziłam z wielu opresji. Obroniłam nawet, pierwszy raz w swoim życiu, rzut karny, niestety łamiąc przy tym, przegrodę swojego nosa. W szatni zalewałam się łzami z powodu porażki, ale wszyscy mówili mi, że byłam świetna, że broniłam bardzo dobrze, wzbudzając furorę obroną karnego. 

Zmęczone po ciężkich bojach, przy upalnej pogodzie, upojone przepychem i bogactwem hotelu „Atene Palast”, w którym mieszkałyśmy i spożywałyśmy posiłki, zagubione obserwacjami ludzi w miarę zamożnych i prostych nędzarzy, których nie brakowało w tym kraju, wieczorem siadałyśmy w pięknych parkach  otaczających Bukareszt i śpiewałyśmy piosenki przepełnione tęsknotą za domem.

Co jeszcze pamiętam ?. Pamiętam rok 1955 w Warszawie. Byłam na zgrupowaniu „jedenastki” i brałam udział w zawodach sportowych, które odbywały się w ramach Światowego Festiwalu Młodzieży. Znowu trzeba było wylać morze potu, znowu trzeba było wylać morze łez, ale było warto, bo gra w takiej imprezie była prawdziwym przeżyciem. Nigdy nie zapomnę Warszawy, jak na tamte lata bardzo bogato i pomysłowo ustrojonej, kolorystyki strojów uczestników festiwalu, barw skóry młodzieży  z całego świata. Zapamiętałam głęboko przegrany mecz z Węgierkami, w którym po obronie rzutu w górny róg bramki „królowej zespołu” Magdy Kiss, na skutek przegryzienia wargi i krwotoku zostałam zniesiona z boiska.

Pamiętam, jak spóźniłam się na zgrupowanie w Cetniewie w 1956 lub 1957 roku z powodu trudności uzyskania zwolnienia z pracy. Wraz z innymi spóźnialskimi wsiadłam na lotnisku w Katowicach do „kukuryźnika” i poleciałam, po raz pierwszy w życiu, do Gdańska z postojem w Poznaniu. 

Wyjazd do Kopenhagi w 1959 roku reprezentacyjnych „siódemek” kobiet i mężczyzn również był związany z przeżyciami nie tylko sportowymi. Po kilku godzinach oczekiwania w porcie płynęliśmy promem i to przy maksymalnej dopuszczalnej sile wiatru. To był prawdziwy koniec świata i prawie nikt nie przeżył go bez uszczerbku na zdrowiu. Opóźnienie spowodowało, że spóźniliśmy się na pociąg z Berlina i cała dobę koczowałyśmy na dworcu bez grosika przy duszy, przy ogromnym mrozie. Mnie szczególnie było ciężko, gdyż w Danii doznałam kontuzji kolana, a nie wiedziałam jeszcze, że jazda pociągiem będzie przyczyną następnego urazu. Wydarzył się on, kiedy próbowałam przejść przez tzw. „harmonijkę” umieszczoną pomiędzy wagonami. Wtedy to zgnieciony został mój palec prawej ręki. Kiedy po powrocie  do domu poszłam do chirurga, zresztą byłego zawodnika naszej sekcji, on spojrzał na mnie i powiedział: Freda, po co ci pięć palców i tak jesteś dobra.

*- przedruk wspomnień z wydawnictwa ZPRP „75 lat piłki ręcznej w Polsce – Warszawa 1993.