Halina Rac – Moroz

Sport to najwspanialsza przygoda mojego życia

Kiedy znajomi czy dziennikarze zainteresowani są moimi osiągnięciami w piłce ręcznej, pytają zazwyczaj o konkrety: daty, składy, wyniki meczów, nazwiska zawodniczek i trenerów, uczestników mistrzostw świata czy w rozgrywkach o klubowe mistrzostwo Polski .

To zrozumiałe, ale pamięć jest zawodna i z upływem czasu łatwo się pomylić, zmienić fakty, pominąć, a tym samym urazić kogoś. Dlatego ja chciałabym napisać parę słów o tym co dla mnie było i jest najważniejsze i co pozostało w mojej pamięci. O drużynie do której trafiłam po roku gry w zespole juniorek  AZS-u Wrocław, którą prowadził Jerzy Dyrkacz. W 1969 r gdy miałam 17 lat trener Józef Zając powołał mnie na mecz eliminacyjny o Puchar Europyw Islandii. Było to dla mnie ogromne przeżycie i wyróżnienie. Znalazłam się w I ligowej drużynie, aktualnych mistrzyń Polski – AZS AWF Wrocław i nie wiedziałam jak się odnajdę wśród takich gwiazd, które do tej pory mogłam tylko obserwować i podziwiać z oddali. A były to rozgrywające: Beta Wąsowicz, Krysia Kawzowicz (kapitan), Basia Mochnieji Terenia Pater. Skrzydłowe: Zosia Łowczyńska, Dana Zugaj. Kołowe: Mila Prudaczuk i Halina Piotrowska. Bramki broniły: Lucia Jaworska i Gosia Bogucka. To najwspanialsza drużyna, w której grałam. Pamiętam do dziś jak serdecznie mnie przyjęły, zaopiekowały i wspierały. Zwłaszcza Gosia Bogucka, która pod koniec lat 70-tych wyjechała na stałe do Wiednia, gdzie mieszka do dziś. Przyjaźnię się z nią i utrzymuję  kontakty do chwili obecnej.

Był to dla mnie bardzo ważny czas. Grałam wtedy na lewym rozegraniu i wróżono mi na tej pozycji dużą karierę. Była to moja ulubiona pozycja i nigdy mi nie przyszło do głowy, że kiedyś ją zmienię. Stało się jednak inaczej. Kiedy na wyjazdowym meczu z Otmętem Krapkowice zachorowała nagle nasza kołowa Mila Prudaczuk, trener Józek Zając podszedł do mnie i powiedział …. zastąpisz ją. Byłam trochę przerażona i wtedy Becia Wąsowicz, która rządziła wówczas na boisku pocieszyła mnie mówiąc: nic nie rób, trzymaj się prawej strony, patrz mi w oczy i bądź czujna.  Tak też się stało- 5 jej podań zamieniłam na 4 bramki i zarobiłam jeden rzut karny. Po meczu trener gratulując mi obwieścił, że właśnie narodziła się nam nowa kołowa. Opisałam to dość szczegółowo, bo był to bardzo ważny moment w mojej dalszej karierze. Niebawem a był to rok 1971 zostałam powołana do reprezentacji Polski, gdzie grałam na pozycji kołowej do końca mojej kariery sportowej, czyli do 1981 roku. Wkrótce dołączyły do nas koleżanki z mojej drużyny juniorek: Ula Krzykawska, Dana Żukowska-Darmsteter, Majka Balcer, Dana Załęska, Lucyna Wańkowska (Wacia), Ania Wodzińska i Beata Szot a także inne zawodniczki, które przyjechały do Wrocławia aby rozpocząć studia na AWF-ie. Były  to: Ircia Pacek, Ela Wąsowicz, Ewa Pater, Stasia Gotówko, Irena Wilke, Ela Klempel i Ela Szpala. Wszystkie byłyśmy studentkami AWF-u, wiele z nas studiowało na jednym roku a nawet w grupie i potrafiłyśmy świetnie godzić naukę ze sportem. Z czasem dołączyły do nas młodsze niezwykle utalentowane koleżanki: Bożena Łozińska – skrzydłowa (obecnie trenerka z wielkimi osiągnięciami), Basia Kamińska i Gosia Brewiak obie rozgrywające. Nic więc dziwnego, że nasza drużyna zdobyła w tym czasie 3 – krotne mistrzostwo Polski, 4 – krotnie wicemistrzostwo Polski, 4 razy brązowy medal oraz 2 razy wywalczyłyśmy Puchar Polski.  Wiele zawodniczek zrobiło też karierę w reprezentacji.

Gra na kole to trudna i niewdzięczna rola. Odniesienie sukcesu na tej pozycji zależy od gry rozgrywających i ja na takie trafiłam. Beta i Ela Wąsowicz obie leworęczne i prawo rozgrywające, Ula Krzykawska (środek rozgrywania), Ircia Pacek (lewe rozegranie) doskonale nagrywały i współpracowały z kołem i niewątpliwie przyczyniły się do tego, że na tej trudnej pozycji tak wiele osiągnęłam. Kołową trzeba przede wszystkim zauważać, nagrać w tempo a także umieć wykorzystać każdy jej ruch (zasłonę, zabiegnięcie, blok i wiele innych działań) w celu zdobywania bramek. One to doskonale potrafiły i wiem, że zauważały i doceniały to co dla nich robię. Wszystkie skończyłyśmy studia i zawsze się wspierałyśmy a nasza przyjaźń przetrwała do dziś choć minęło już ponad 40 lat . Spotykamy się kilka razy w roku mimo tego, że nie wszystkie mieszkają we Wrocławiu a niektóre nawet za granicą. W każde wakacje kilka dni spędzamy w różnych ciekawych miejscach, chodzimy po górach albo pływamy w morzu lub jeziorze. Przede wszystkim dużo zwiedzamy i oczywiście wspominamy, oglądamy zdjęcia i wzruszamy się. Czujemy się jak za dawnych lat. Na każde takie spotkanie przyjeżdża kilkanaście dziewcząt z różnych miast z Polski a także z zagranicy . Stasia Gotówko, żona nieżyjącego już naszego trenera Bogusia Cybulskiego dojeżdża z Norwegii, Ircia Wilke z Niemiec a Dana Załęska z Wiednia (od ubiegłego roku przeniosła się na stałe do Wrocławia). Dołączyła też do nas Ula Morawiak (Morus), była reprezentantka Polski z Gdańska i jest niemal na każdym spotkaniu. Główną inicjatorką i organizatorką tych spotkań jest Dana Załęska, która szuka ciekawych miejsc, uzgadnia terminy i stara się by wszystkie były zadowolone. Jesteśmy jej za to bardzo wdzięczne.

Chcę powiedzieć, że każdy talent może rozwinąć się w sprzyjających warunkach i ja miałam szczęście, że na takie warunki trafiłam. Byli to wspaniali trenerzy: Jerzy Dyrkacz, Józef Zając, Boguś Cybulski i Jasiu Milewski oraz świetne, utalentowane, inteligentne i jak wszyscy mówili urodziwe zawodniczki. Te wieloletnie przyjaźnie i kontakty to dla mnie oczywiście poza sportowymi osiągnięciami największa wartość.

Chciałabym w tym miejscu zaznaczyć, że były to wtedy zupełnie inne czasy. Nie było sponsorów a kluby akademickie były wyjątkowo ubogie. Grałyśmy za symboliczne kieszonkowe (śmiałyśmy się, że starcza nam jedynie na waciki) i za tzw. dożywianie czyli bony do dwóch wrocławskich barów. Wiem, że w wielu innych klubach były dużo lepsze warunki finansowe i zdarzały się propozycje przejścia, ale dla nas nie to było najważniejsze i większość dziewcząt do końca była wierna AZS-owi Wrocław. Pamiętam, że inni sportowcy naszego klubu np. wrocławscy judocy świetnie sobie radzili dorabiając na częstych wyjazdach sportowych za granicę. Handlowali czym się dało, na zachód wozili alkohol i  kryształy, które cieszyły się tam wówczas dużym powodzeniem a na wschód głównie odzież. Kiedy poznałam bliżej jednego z nich Andrzeja Raca (obecnie mojego męża) namówił mnie aby na turniej do ZSRR zabrać parę rzeczy na handel. Zapakował mi kilka par dżinsów i modne kozaczki, dał kilka wskazówek i powiedział, że na pewno sobie poradzę. Niestety nie do końca tak się stało. Dopiero w ostatnim dniu po zakończeniu turnieju wyszłyśmy z koleżankami przed hotel i osłonięte arkadami próbowałyśmy coś sprzedać. Zainteresowanie moim towarem a zwłaszcza kozaczkami było bardzo duże. Dwie Rosjanki wyrywały sobie buty z rąk, jedna za filarem mierzyła jednego buta a inna za drugim filarem drugiego. Cieszyłam się krótko bo za chwilę nie było już ani Rosjanek ani butów. Do hotelu wróciłam z dżinsami i z mocnym postanowieniem: nigdy więcej. Gdyby nie Ela Wąsowicz, która wzięła sprawy w swoje ręce, to również spodnie by nie wróciły do Polski. Po tym wyjeździe temat handlu był dla mnie zakończony.

W reprezentacji Polski grałam przez 10 lat z krótką przerwą na urodzenie córeczki. Miała 11 miesięcy, kiedy po raz pierwszy pojechała ze mną na obóz klubowy do Suwałk. Pamiętam, że wiązało się to z konicznością zabrania łóżeczka, kuchenki, pieluch i wszystkiego co niezbędne do pielęgnacji takiego maluszka. Do pomocy przy dziecku na tym i wszystkich następnych wyjazdach jeździł mój mąż lub któraś z jego sióstr. Ale tak naprawdę każdą wolną chwilę poza treningami, kiedy koleżanki wypoczywały ja poświęcałem mojej córeczce. Pamiętam, że było to dla mnie bardzo ale to bardzo męczące.

W kadrze rozegrałam około 100 spotkań i trzykrotnie uczestniczyłam w Mistrzostwach Świata: Jugosławia – 1973, ZSRR – 1975, Czechosłowacja – 1978 r. MŚ w Jugosławii w Szibeniku utkwiły mi szczególnie mocno w pamięci. W składzie znalazły się takie zawodniczki jak: rozgrywające – Juta Kostorz (kapitan), Hania Dreszer, Basia Jeż (mama znakomitego piłkarza Mirosława Klose), Teresa Zielewicz, Danuta Litwin, Ula Krzykawska, Ela Wąsowicz, skrzydłowe – Zosia Łowczyńska, Dorota Bonenberg, Stasia Gotówko, Maryla Piotrowska, Basia Kusz, kołowe Ela Czarnasiak i Halina Moroz, bramkarka Czesia Potyka –  wybrana najlepszą bramkarką turnieju oraz Gabi Pielot i Iwona Witek. Trenerzy Zygmunt Jakubik i Adam Pecold skompletowali naprawdę wspaniałe zawodniczki. Czekało nas bardzo trudne zadanie bo trafiłyśmy do grupy śmierci z Niemkami (ówczesne mistrzynie świata)i równie groźnymi i utytułowanymi Rosjankami. Obie te drużyny liczyły na złoty medal w tych mistrzostwach. Meczu z Rosjankami niestety nie udało się nam wygrać, pokonały nas dwoma bramkami ale w meczu z Niemkami po bardzo zaciętej i wyrównanej grze udało nam się wywalczyć niezwykle cenny remis, który  dawał nam awans do czołowej ósemki.  Niemkom pozostała jedynie walka o 9 miejsce. Pamiętam jak ich trener przyszedł  po meczu do naszej szatni i ze łzami w oczach gratulował nam wyniku. Był to nasz ogromny sukces i wielka radość. Uwierzyłyśmy, że na tych mistrzostwach wszystko jest możliwe. Nabrałyśmy pewności siebie a to było nam bardzo potrzebne, bowiem już wkrótce przyszło nam się zmierzyć z Jugosłowiankami, które u siebie były niezwykle mocne i celowały w złoto. Pamiętam tysiące kibiców i niesamowity doping ale pamiętam też jak bardzo byłyśmy zmotywowane przed tym meczem. Po zaciętej walce mecz wygrałyśmy, ale mimo porażki Jugosłowianki nie straciły szansy na dalszą grę o medale. Decydujący o wejściu do strefy medalowej miał być nasz mecz z Dunkami. Zrobiło się o nas głośno: Polki czarnym koniem mistrzostw, sensacyjne zwycięstwo Polek, duże szanse Polek na zdobycie medalu – pisano w gazetach. Nasza wygrana w tym meczu awansowała by nas do medalowej czwórki i dawała duże szanse nawet na wywalczenie  złota. Jugosłowiankom aby grać dalej wystarczał nasz remis z Dunkami. Atmosfera przed meczem była niesamowita. Hala wypełniona po brzegi i wszyscy oczywiście kibicowali Dunkom, które w tym momencie grały już tylko dla gospodarzy turnieju. W naszej drużynie tak na prawdę nie było słabych punktów a wyjątkową skuteczność pokazały rozgrywające Terenia Zielewicz i Hania Dreszer a także stojąca w bramce Czesia Potyka. Niemal całe spotkanie prowadziłyśmy zdecydowanie, jednak kilka minut przed końcem stało się to czego się najbardziej obawiałyśmy. Dwa karne niesłusznie odgwizdane przeciw nam i uznanie nieprawidłowo zdobytej bramki przez duńską skrzydłową zadecydowały o wyniku. Remis 12 : 12, bo takim wynikiem zakończył się mecz, otworzył Jugosłowiankom drogę do zdobycia złotego medalu. Zdałam sobie wtedy sprawę, że w sporcie a zwłaszcza w grach zespołowych nie wszystko zależy od  taktyki, umiejętności i dyspozycji zawodniczek  a wynik nie zawsze odzwierciedla  rzeczywistość i prawdziwą wartość drużyny. Trzeba jeszcze trafić na uczciwych sędziów . Drugie miejsce zdobyły Rumunki, trzecie Rosjanki, czwarte Węgierki a my po wygranej z Czechosłowacją zajęłyśmy ostatecznie piąte miejsce. Pozostała nam jedynie satysfakcja, że parę dni wcześniej pokonałyśmy późniejsze mistrzynie świata. Teraz patrząc z perspektywy czasu, wydaje mi się, że Polki nigdy nie były tak blisko zdobycia  złotego medalu.

Często wracam myślami do przeszłości. Wiele szczegółów umknęło ale jednego jestem dziś pewna, że sport to najwspanialsza przygoda w moim życiu. Mimo, że zakończenie mojej kariery sportowej nie było dla mnie szczęśliwe . Ponieważ w 1981 roku na turnieju w RFN, pod koniec ostatniego meczu, uległam ciężkiej kontuzji w wyniku, której doznałam zerwania trzech więzadeł w lewym kolanie. Dzięki Małgosi Boguckiej  zakończyło się to operacją w klinice wiedeńskiej i prawie roczną rehabilitacją, po której nie wróciłam już na boisko .

Kiedy  teraz po latach  w  plebiscycie na najlepszą siódemkę 90 – lecia przyznano mi tytuł najlepszej  obrotowej (kołowej) w historii polskiej piłki ręcznej czuję ogromną satysfakcję i jestem bardzo szczęśliwa ponieważ jest to dla mnie największe wyróżnienie.