Aleksander Zimierski

Mój początek z piłką ręczną

Pierwszy kontakt z tą dyscypliną sportu to zajęcia wychowania fizycznego w szkole podstawowej i gimnazjum w Resku, gdzie była tradycja grania w szczypiorniaka wprowadzona przez wf-istę p. Roszaka. Po jego odejściu, na jego miejsce, przyszło dwoje młodych nauczycieli, wf-istka p. Teresa Burdzy i polonista p. Wojciech Bajerowicz. 

Z ta parą nauczycieli wiąże się moja kariera sportowa. Były to osoby bardzo zaangażowane  i dobrze przygotowane do pracy z młodzieżą, w której potrafili rozbudzić marzenia do ciężkiej pracy podczas treningów. Potrafili pokazać, jak kierować swoimi marzeniami aby rozsądnie planować swoja drogę życiową. Ich aura, sposób motywacji i metody docierania z argumentami były wzorowe. Dla mnie byli ciągle inspiracją do doskonalenia mojego warsztatu pracy, obojętnie gdzie mi przyszło w przyszłości pracować. Czy po skończeniu studiów pedagogicznych w Gdańsku, czy też za granicą w Austrii. 

Po zdaniu matury (rok 1959) grając już w 11osobową piłkę ręczną otrzymałem propozycję reprezentowania klubu sportowego Spójnia Gdańsk. Trenując i grając tam rozpocząłem studia pedagogiczne o kierunku matematyczno-fizyczno-chemicznym. Trenerem w owym czasie był ceniony pedagog-nauczyciel p. Leon Wallerand, którego później zastąpił p. Janusz Czerwiński. Okres początkowy budowania nowego zespołu, dopasowywania i tworzenia „prawdziwej” drużyny,z dużej liczby często przypadkowo zebranych zawodników, trwał kilka lat. Aby takie grupy sportowe utrzymać razem, kluby i związki sportowe organizowały rozgrywki ligowe w kraju i zawody za granicą. Braliśmy udział w turniejach w NRD, Czechosłowacji, na Węgrzech, a później w Danii, Jugosławii, RFN, Islandii czy ZSRR. Tego rodzaju kontakty pozwalały zawodnikom i trenerom konfrontować  nasze umiejętności i postępy sportowe a także nawiązywać nowe znajomości i przyjaźnie z rówieśnikami z różnych państw. Kontakty te, a przede wszystkim rywalizacja międzynarodowa, pozwalała na stawianie sobie coraz ambitniejszych zadań sportowych.

Sytuacja finansowa sportowców

            W początkach lat 70 ubiegłego stulecia ogromna większość zawodników uprawiających sport to uczniowie i studenci, którzy przeważnie otrzymywali niewielkie stypendia, mieszkali w bursach czy domach studenckich będąc najczęściej na „garnuszku” rodziców lub dorabiając na utrzymanie się w okresie nauki. Wśród klubów (szczególnie na Śląsku) były takie, które mogły przeznaczyć znaczne kwoty na działalność sportową, w tym na „dożywianie”, wyższych diet, opłacania lepszych hoteli i dogodniejszych dojazdów na zawody. Nasz klub pozostawał w pionie sportowym CRZZ „Społem” i był jednym z najbiedniejszym, bo nawet akademickie AZS-y dysponowały większymi funduszami. Najlepiej powodziło się, w tym czasie klubom „mundurowym” czyli WKS-om (wojskowym) i klubom gwardyjskim (milicyjnym). Ale nie wszyscy chcieli iść w „kamasze” i z reguły lepszy „materiał ludzki”, graczy z większym polotem i fantazją, pomimo gorszych warunków socjalnych pozyskiwały zespoły z poza pionów „mundurowych”.

Wyjeżdżając na turnieje zagraniczne byliśmy konfrontowania z zespołami, które dysponowały lepszym sprzętem do gry, nowoczesnymi obiektami sportowymi a ich zawodnicy posiadali dużo lepsze warunki życiowe i socjalne, nieosiągalny dla nas standard życia. W tym czasie symbolem różniącym nas w stosunku do kolegów z zagranicy było posiadanie przez nich własnego często luksusowego samochodu co dla nas było tylko marzeniem. Każdy z nas mógł tylko wtedy o tym pomarzyći postawić przed sobą zadanie, by chociaż na koniec kariery zawodniczej zagrać kilka sezonów na ”zachodzie”. Tak zaczęła „kiełkować” idea kończenia karier sportowych na tzw. „saxach”. Początkowe próby były niechętnie widziane i słyszane przez władze krajowe. Związki sportowe stawiały bariery zaporowe, przeciwstawiały się takim wyjazdom. Oficjalnie „system” tego zakazywał a w późniejszym okresie wprowadzono następujące warunki:

– długoletni staż zawodniczy w rozgrywkach ligowych

– ukończenie 30 roku życia

– nieskazitelna opinia z klubu i.t.d.

Z tych powodów kandydatów było bardzo mało. Ale czego to Polacy nie wymyślą. Skorzystano z możliwości wyjazdu na tzw. paszport turystyczny z ważnością na 1 rok, z zastrzeżeniem, że w jednym kraju można przebywać tylko 3 miesiące. Przekroczenie tej „magicznej” granicy  powodowało reakcję urzędów paszportowych i decyzję zakazu opuszczania kraju np. na okres 3 lata, a to już zależało od humoru funkcjonariusza państwowego.

Paszport turystyczny – obejście zakazów wyjazdów sportowych

Pierwszym zawodnikiem, który nietypowo wyjechał na „saxy” z paszportem turystycznym był Andrzej Wlazło. Utalentowany zawodnik, jako 16 latek zadebiutował w reprezentacji kraju i był nadzieją polskiego szczypiorniaka. W 1972 przed Igrzyskami Olimpijskimi w Monachium, gdy zawodnicy kadry przechodzili kolejne badania lekarskie stwierdzono u niego wadę serca co w konsekwencji  prowadziło do zakazu uprawiania sportu. Decyzja lekarska wydawała się nieodwracalna. Dla młodego zawodnika to był właściwie wyrok, który zakazywał uprawianie jakiegokolwiek sportu wyczynowego. Zaczęły się rozważania  w klubie, jak pomóc zawodnikowi, którego kariera sportowa nagle legła w gruzach. Prywatnymi kanałami kierownik sekcji (p. Gajewski) spowodował wysłanie imiennego zaproszenia z austriackiego klubu Union do zainteresowanego Andrzeja Wlazło. Andrzej jednak nie rezygnował z cofnięcia niekorzystnego orzeczenia lekarskiego i z gry w kraju. Zabiegał o to w różnych krajowych instytutach medycznych ale bez skutku. Na skutek tych decyzji podjął starania i w niedługim czasie wyjechał na „zaproszenie” do klubu austriackiego. W Wiedniu umożliwiono mu przeprowadzenie kompleksowych badan lekarskich w wyniku, których mógł podjąć treningi i uczestniczyć w zawodach. Jakiej klasy był później zawodnikiem świadczy zdobycie mistrzostwa Austrii i tytułu króla strzelców ligi austriackiej.

Moje wyjazdy zagraniczne

Po rozegraniu w barwach Spójni Gdańsk 14 sezonów w krajowej lidze piłki ręcznej postanowiłem  na zakończenie kariery sportowej wyjechać na „saxy” Do tej pory moje osiągnięcia sportowe, przedstawiając je w skrócie, wyglądały następująco: 311 rozegranych spotkań mistrzowskich,1053 zdobytych bramek, 3 tytuły mistrza Polski, kilka tytułów V-Mistrza Polski i Pucharu Polski, odznaczony tytułem Mistrz Sportu i Zasłużony Mistrza Sportu.

Jesienią 1974 roku „zakotwiczyłem” w klubie austriackim Union Krems. By się tam dostać otrzymałem zaproszenie  od Aptekarza, sympatyka tego klubu, który gwarantował mi wyżywienie i zakwaterowanie co było podstawą otrzymania paszportu turystycznego. Sezon w Austrii przebiegł nadzwyczajnie i po zdobyciu tytułu mistrza  kraju wróciłem do Polski podejmując pracę, po zakończeniu urlopu bezpłatnego w VII LO. Zgodnie z procedurą, niezwłocznie po powrocie do Polski złożyłem paszport w Urzędzie Wojewódzkim i po niedługim czasie otrzymałem wiadomość: 3 lata zakazu opuszczania kraju.

Trzy lata później sytuacja się powtarza. Zaproszenie, wyjazd do tego samego klubu na paszport turystyczny (możliwość pobytu 3 miesiące). Ze względu na dobre wyniki sportowe, klub proponuje mi przedłużenie kontraktu. Na trzy miesiące przed upływem ważności paszportu udaję się do ambasady w Wiedniu z niezbędnymi dokumentami z prośbą o jego przedłużenie. Odpowiedź jest jednoznacznie negatywna, taka zgodę może wydać tylko Wydział Paszportowy Komendy Wojewódzkiej w Gdańsku. Po powrocie do klubu zdałem relację z nieudanej wizyty w ambasadzie i braku zgody na przedłużenie paszportu. Zarząd klubu zapewnił mnie, że sprawa nie jest przesądzona i postarają się znaleźć jakieś pozytywne rozwiązanie. Po dwóch tygodniach otrzymałem  wiadomość z ambasady, że mam się stawić w wiadomej sprawie. Zostałem przyjęty w pokoju do, którego sekretarka wniosła moją teczkę z dokumentami i rozłożyła je na biurku. Po wejściu urzędnika i przywitaniu się został on poproszony do sekretariatu do telefonu w jakiejś ważnej sprawie, interwencji na granicy polsko-austriackiej. Trwało to około piętnastu minut podczas, których mogłem dostrzec leżący w otwartej teczce telefonogram następującej treści: Towarzyszu W…proszę wydać Aleksandrowi Zimierskiemu paszport wielokrotnego przekraczania granicy. Z wrażenia otarłem pot z czoła nie mogąc uwierzyć co się stało. Po chwili wrócił urzędnik ambasady przepraszając mnie za chwilę zwłoki. Przejrzał dokumenty i powiedział: Panie Zimierski wszystko jest OK, na jak długo chce Pan paszport ? Nie wierzyłem swoim uszom i zapytałem na jaki czas mogę dostać? On na to: na 3, 5 lub 10 lat. Poprosiłem skromnie na 3 lata.

Jadąc do ambasady z duszą na ramieniu miałem humor wisielczy, spodziewałem się najgorszego, odesłania pod eskortą na granicę czechosłowacko – polską, gdzie byłbym „wolnym” człowiekiem . Nie był to wydumany prze zemnie  scenariusz. Kilka miesięcy temu taka sytuacja zdarzyła się koszykarzowi Kozakowi, który został odesłany pod eskortą do Polski. Takie rozwiązanie graniczyło z cudem, który wyjaśnił mi później Prezes austriackiego klubu. 

Wyjaśnienie cudu paszportowego

Pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych podsunął swoim kolegom działaczom klubowym pomysł wykorzystania dla swoich celów okazji składania listów uwierzytelniających przez nowego polskiego ambasadora w Austrii. W dyplomacji jest taki zwyczaj, że w takiej chwili, kiedy jedna ze stron ma jakieś życzenia drugiej stronie nie wypada odmówić. Tym życzeniem miała być prośba o wydanie dla mnie paszportu wielokrotnego przekraczania granicy. Takim sposobem otrzymałem paszport, w którego posiadanie nie mogłem wejść w normalny sposób. 

To było też, przez dłuższy okres czasu, przez ludzi nieżyczliwych, kolegów sportowców źródłem domysłów i dorabiania nieprawdziwych teorii o moich układachi współpracy z „systemem”, gdyż nie sposób było inaczej wejść w posiadanie tak wartościowego dokumentu. Wyobrażam sobie ich zawiedzione miny, kiedy to już w późniejszym okresie konfrontowali te swoje niecne podejrzenia z faktami.

Ja korzystając z tak wartościowego dokumentu doświadczyłem  już od roku 1979 pełni wolności, nie maja obaw, że wyjazd mój do Włoch czy Hiszpanii skończy się inaczej iż to sobie zaplanowałem.