Stanisław Majorek

Z Tarnowa do Reprezentacji Polski 

W 1962 roku po raz pierwszy wyjechałem do Czechosłowacji,  konkretnie na Słowację. Wyjazd ten nie miał jednak związku ze sortem, była to tzw. przygranicza turystyka. Wycieczkę zorganizowano z Tarnowa. Pamiętam, że wyjechaliśmy w piątek, a wracaliśmy w niedzielę. Z turystyką nie miało to jednak nic wspólnego. W tym czasie można tam było kupić buciki, ubranka dziecięce, a były one tam tańsze i ładniejsze. Tam natomiast woziło się spirytus, suchą kiełbasę itp. 

Zawieziono nas do Świdnika. Do handlu międzynarodowego nadawałem się bardzo słabo. W sobotę, gdy handel się rozwijał ja niczego nie sprzedałem i siłą rzeczy niczego nie kupiłem. Jeden ze Słowaków, któremu chciałem sprzedać spirytus doradził mi bym jechał do Prešova. Tego nie wolno było robić, ale byłem tak zdeterminowany, że wsiadłem do autobusu i do tego Prešova pojechałem. Tam prawie natychmiast wszystko sprzedałem. To była połowa sukcesu- miałem już pieniądze na zakupy dla dziecka. Kiedy szukałem sklepu z obuwiem dla dzieci okazało się, że jestem w pobliżu boiska na którym grano w piłkę ręczną. Zapisałem adres siedziby klubu, zrobiłem zakupy i wróciłem do Świdnika, a potem do Tarnowa. W końcu byłem w Prešovie nielegalnie i wolałem nikogo o nic nie pytać ani z nikim nie rozmawiać. Dopiero z Tarnowa napisałem do tego klubu list, w którym opisałem naszą sekcję i zaproponowałem nawiązanie kontaktów. Po krótkim czasie, ku mojej radości, przyszła odpowiedź, że zespół z Prešova nie tylko nawiąże kontakty, ale także chętnie przyjedzie do Tarnowa zagrać z nami mecz. Była jesień 1962 roku. Zatelefonowałem do Prešova. Słowacy poprosili o przysłanie zaproszenia. Wysłaliśmy je, podbite na wszelki przypadek wszystkimi możliwymi pieczątkami urzędu miasta i w październiku 1962 roku podejmowaliśmy gości z Prešova. 

Przyjechali na cztery dni, nocowali na drugim piętrze w budynku MDK, gdzie wcześniej zapewniliśmy im niezbędną liczbę łóżek. Pomimo takich dość spartańskich warunków nasi goście robili wrażenie zadowolonych ze wszystkiego. Boisko przy Piłsudzkiego nie nadawało się jeszcze do gry, a w mieście nie było też żadnej hali, więc graliśmy na boisku kortowym „Tarnowii”. Przegraliśmy, bo zespół z Prešova był mistrzem Czechosłowacji juniorów, a kilku chłopców których poznałem w Tarnowie grało później w reprezentacji Czechosłowacji seniorów. Za to w 1974 r na Mistrzostwach Świata w NRD spotkała sztab szkoleniowy duża satysfakcja i radość. Nasza reprezentacja Polski seniorów wygrała z Czechosłowacją różnicą dziewięciu bramek, zajmując czwarte miejsce na świecie. Przed mistrzostwami dzięki temu, że znałem się z Prezesem Klubu inż. Oto Lukačem, graliśmy w Gdańsku sparingi właśnie z ekipą „Tatrana”. Jak się później dowiedzieliśmy, to bardzo nie spodobało się Czechosłowackim władzom piłki ręcznej. 

Wracając do roku 1962 i późniejszego okresu, od prešovskiej drużyny bardzo dużo się nauczyłem, a prywatne kontakty z nimi nawiązane utrzymują się po dziś dzień, ponad 50 lat. Przyjaciółmi są również nasze dzieci i wnuki. 

Pracując w ZPRP przeszedłem wszystkie stopnie wtajemniczenia, od asystenta trenera kadry juniorów, przez drużynę młodzieżową do trenera reprezentacji seniorów. Ta droga rozpoczęła się w roku 1967, kiedy znalazłem się w sztabie reprezentacji Polski juniorów, prowadzonym przez Tadeusza Wadycha z Łodzi. Juniorzy reprezentacji Polski rywalizowali wówczas w „Turniejach Przyjaźni”, w których udział brały reprezentacje krajów socjalistycznych. 

Po raz pierwszy pojechałem na taki turniej do Berlina, jako drugi trener reprezentacji. Kierownikiem ekipy był członek Zarządu ZPRP Jerzy Til a wcześniej doskonały zawodnik reprezentacji Polski grający w jedenastoosobową piłkę ręczną. 

Kiedyś prowadziliśmy obóz kadry w Zakopanem a Jerzy Til przyjechał na coś w rodzaju „kontroli” zgrupowania. W dni, w którym mieliśmy zaplanowany marszobieg tak mono lało, że mieliśmy zamiar by sobie to wyjście odpuścić. J. Til powiedział nawet wtedy, pamiętajcie że jeśli dzisiaj to odpuścicie, to będziecie musieli to zawsze odpuszczać. Wyszliśmy w góry zgodnie z planem. Dzisiaj wiem, że tak właśnie rodziła się drużyna, w której każdy wiedział, że nigdy nie wolno dać za wygraną. 

Podczas turnieju w Berlinie spotkałem po raz pierwszy Petera Kovacsa, wówczas niewiele jeszcze umiejącego juniora, ale po latach świetnego reprezentanta Węgier i zawodnika klubów niemieckich, obecnie pracującego w Międzynarodowej Federacji Piłki Ręcznej. Znowu mogę  powiedzieć, że od czasu spotkania w Berlinie jesteśmy znajomymi. Spotkaliśmy się ostatnio w 2016 roku, kiedy przyjechał do Krakowa na Mistrzostwa Europy.

Turniej w Berlinie skończył się naszym sportowym sukcesem, bo zdobyliśmy brązowy medal w gronie ośmiu zespołów. Jerzy Til, który był starszy ode mnie o jakieś  trzydzieści lat w rozmowie w cztery oczy zasugerował że będę następcą Tadeusza Wadycha, czyli pierwszym trenerem reprezentacji juniorów. Musiałem być w jego oczach naprawdę młodym człowiekiem, bo zawracał się do mnie śląską gwarą per „bajtel”. Cieszył się w tedy ogromnie z naszego berlińskiego sukcesu. Kategorycznie powiedział „trenerzy zapraszam was do baru”. Pierwszy raz w życiu wypiłem o ten jeden kieliszek za dużo. Po krótkim czasie okazało się, że mój szef czyli pierwszy trener reprezentacji juniorów ma zbyt wiele obowiązków więc ja na kilku imprezach ten zespół prowadziłem. Błędów chyba wielkich nie popełniłem, bo gdyby tak było to zawodnicy opowiadali by o tym w swoich klubach i szybko cała polska wiedziała by, że trener sobie nie radzi. Przedstawienie trenera, zwłaszcza reprezentacji jako idioty, któremu nic nie wychodzi nie jest wielką sztuką i mieliśmy tego liczne przykłady w najbardziej popularnych dyscyplinach sportu. Byłem rzeczywiście młody, moi rówieśnicy biegali jeszcze po boiskach jako zawodnicy, a ja prowadziłem reprezentację kraju. Kiedy bliżej poznaliśmy się z Jerzym Tilem, wiele dowiedziałem się od niego o sporcie, życiu, patriotyzmie. To był Ślązak z Chorzowa, który w czasie wojny walczył, jak sam mówił, w AK czyli Afrika Korps. Z tego powodu miał po wojnie kłopoty z uzyskaniem paszportu. Ciągle obawiano się że uciekanie z Polski. 

Po latach mieszkaliśmy wspólnie podczas igrzysk olimpijskich w Monachium. On zaraz po igrzyskach wyjeżdżał do Austrii. W rozmowa podsumował swoje dotychczasowe życie. To były bardzo pouczające monologi. Z jednej strony był sfrustrowany, że musi wyjeżdżać z Polski za chlebem, z drugiej chciał coś jeszcze w życiu sportowym i zawodowym osiągnąć i w Austrii widział swoje przyszłe szanse. 

Praca z juniorami nie trwała zbyt długo, bo szybko „przeskoczyłem” do młodzieżówki. Kiedy zostałem drugi trenerem kadry młodzieżowej mieliśmy grać w Szczecinie z młodzieżówką z NRD. Pierwszy trener Paweł Wiśniowski, miał przyjechać dopiero po kilku dniach trwania zgrupowania, więc ja zostałem sam na sam ze strachem i z moimi nowymi podopiecznymi reprezentantami Polski. Już wtedy w naszej drużynie grali, mający wówczas po 20 lat: Sokołowski, Antczak, Melcer, Rozmiarek, późniejsi medaliści olimpijscy. Wtedy właśnie ich poznałem i nie wiedziałem nawet, czy powinienem mówić do nich per ty, czy raczej proszę pana. Oni też patrzyli na mnie nieufnie, w końcu miałem niewiele więcej lat niż oni i w dodatku byłem tylko pracownikiem MDK Tarnów, trenerem dzieci i młodzieży. Szybko okazało się, że trening, który zaproponowałem chyba im się spodobał. Sami mi o tym powiedzieli, chociaż nie musieli a Bogdan Kowalczyk, wówczas młody bramkarz reprezentacji Polski otwarcie mnie zachęcał bym wyzbył się kompleksów. 

Kiedy Paweł Wiśniowski wreszcie dotarł do Szczecina przepytał mnie dokładnie z teorii treningu z prowadzonych zajęć, przejrzał papiery i też chyba był zadowolony, bo zaproponował mi bruderschaft. To był kolejny stopień mojej trenerskiej inicjacji. Nie żałuję lat spędzonych ani z reprezentacją juniorów ani z młodzieżową, wszystko to na coś się przydało.  W kadrze młodzieżowej zdarzył się pewien zabawny epizod. Z obozu w Mielcu mieliśmy jechać na Węgry. Niektórzy zawodnicy nie mieli dokumentów upoważniających do przekroczenia granicy. Wyrzuciłem ich z obozu, kazałem im jechać po te dokumenty i wrócić do Mielca. W Tarnowie mieli wsiąść do pociągu jadącego z Przemyśla do Szczecina. Stało się inaczej. Nie znając miejscowych realiów wsiedli do pociągu jadącego do Szczucina.  W Szczucinie spędzili całą noc, bo nie mieli czym wrócić. W Tarnowie pojawili się więc dopiero rano i zatelefonowali do mnie, że coś chyba poszło nie tak. Nie wiem kto był bardziej zdenerwowany oni czy ja. Wszystko skończyło się pomyślnie, a do dzisiaj wypominają mi tę noc spędzoną w Szczucinie. 

Inne interesujące zdarzenie przeżyłem w trakcie wyjazdu reprezentacji młodzieżowej do Rumunii, na początku lat  siedemdziesiątych. Podróżowaliśmy koleją i we Lwowie przesiadaliśmy się z jednego pociągu do drugiego. Rozkład jazdy był tak ułożony, że we Lwowie musieliśmy przenocować by rano jechać dalej. W roli kierownika drużyny pojechał wówczas Władysław Stawiarski. Był też z nami Mieczysław Kamiński z Warszawy. Zawodnikom wyznaczyliśmy pobudkę o 7:30 a sami wstaliśmy o piątej i poszliśmy na spacer po Lwowie. Mieczysław Kamiński znał Lwów jeszcze z czasów przedwojennych albo wojennych. Przede wszystkim zaprowadził nas do katedry. Na ulicach o tej porze było zupełnie pusto. Obeszliśmy katedrę dwukrotnie dookoła. W końcu wyszedł do nas jakiś dziwny mężczyzna w kufajce i walonkach. Obawialiśmy się że zaraz zatelefonuje po milicję. On tymczasem, kiedy usłyszał kim jesteśmy rozpoczął szczegółowy wykład na temat historii Lwowa. Okazało się że ukończył przed wojną polskie gimnazjum. Nie mogliśmy się nadziwić ale mieliśmy żywy dowód, że przedwojenne gimnazja kształciły uczniów na naprawdę wysokim poziomie.